Queen – A Kind of Magic, recenzja 2008

Queen - A Kind of Magic

Queen – A Kind of Magic (1986) EMI

01. One Vision – 5:11
02. A Kind of Magic – 4:24
03. One Year of Love – 4:28
04. Pain Is So Close to Pleasure – 4:22
05. Friends Will Be Friends – 4:13
06. Who Wants to Live Forever – 5:17
07. Gimme the Prize – 4:35
08. Don’t Lose Your Head – 4:38
09. Princes of the Universe – 3:34

Live Aid

W 1986 roku zespół Queen znajdował się u szczytu popularności. Formacja funkcjonowała jako ikona hard rocka z lat 70. oraz gwiazda muzyki pop. Swój sukces w latach 80. grupa zawdzięczała zgrabnym radiowym przebojom oraz wielkim, perfekcyjnie wykonywanym koncertom. Jednym z nich był występ w Rio de Janeiro w styczniu 1985 roku, gdzie zespół zagrał przed blisko 200-tysięczną publicznością. Wielkim sukcesem medialnym okazał się także występ na charytatywnym koncercie Live Aid w lipcu 1985 roku.

Geldof po usłyszeniu wiązanki największych przebojów Queen ogłosił ich koncert najlepszym występem wieczoru. Nic dziwnego więc, że płyta „A Kind of Magic” błyskawicznie zdobyła listy przebojów na całym świecie. Doszła do 1. miejsca w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Krążek osiągnął też niezły sukces artystyczny, otrzymując w prasie dość przychylne recenzje. Biorąc pod uwagę mieszane uczucia z jakimi dziennikarze przyjęli dwa poprzednie, kontrowersyjne albumy kapeli, był to dość spory sukces. Jest to o tyle ciekawe, że „A Kind of Magic” stylistycznie specjalnie nie różni się od „Hot Space” oraz „The Works”.

One Vision

Większość utworów jakie znalazły się na tej płycie powstała z myślą o ścieżce dźwiękowej filmu Russella Mulcahy’ego „Nieśmiertelny”. W filmie nie pojawiają się tylko trzy piosenki z „A Kind of Magic”. Pierwsze to soulowe nagranie „Pain Is So Close to Pleasure”, które brzmi jakby zostało nagrane przez czarnoskórych muzyków. Kolejne dwa to patetyczny, nadmuchany jak balon utwór „Friends Will Be Friends” oraz otwierająca całość, hard rockowa kompozycja „One Vision”.

Muzyków do napisania ostatniego z wyżej wymienionych kawałków zainspirowała idea wspomnianego koncertu Live Aid. Ten utwór rozpoczyna się słowami słynnego przemówienia Martina Luthera Kinga spod Pomniku Lincolna w Waszyngtonie z 1963 roku „I Have A Dream…”, ale kończy się za to tekstem „Just gimme gimme gimme Fried chicken”. Ta końcówka jest dowodem na to, jakimi członkowie Queen byli żartownisiami. Dowodów na powyższą tezę można by mnożyć, jednak wystarczy tylko wspomnieć o teledysku do utworu „I Want to Break Free”, w którym członkowie grupy przebrali się za kobiety.

Najlepsze fragmenty i ocena

Najlepszymi fragmentami płyty „A Kind of Magic” oprócz wspomnianego „Pain Is So Close to Pleasure” są: „One Year of Love”, „Gimme the Prize (The Kurgan’s Theme)”, „Don’t Lose Your Head” oraz „Princes of the Universe”. Piosenka „One Year of Love” została napisana przez basistę Johna Deacona i nagrana bez udziału gitarzysty Briana Maya. W jej nagraniu uczestniczyła sekcja smyczkowa, prowadzona przez Lyntona Naifa oraz saksofonista Steve Gregory.

Ten delikatny, aksamitny utwór zdecydowanie różni się od trzech pozostałych kawałków. „Gimme the Prize (The Kurgan’s Theme)” to z kolei jeden z najmocniejszych kawałków zespołu z lat 80. Przypomina on czadowy, gitarowy Queen z płyt „Sheer Heart Attack” oraz „News of the World”. Jeszcze mocniejszy jest energetyczny, heavy metalowy „Princes of the Universe”, w którym zachwycają zmiany tempa oraz wyborna gitarowa solówka Briana Maya. „Don’t Lose Your Head” to natomiast rozpędzone do granic możliwości syntezatorowe cacko.

Opisując tę płytę nie można zapomnieć o przebojach singlowych. Oprócz „One Vision” dużą popularność zdobyły kawałki: tytułowy, który śmiało można określić jako idealnie skrojony utwór pop oraz majestatyczny, nagrany wraz z orkiestrą Michaela Kamena numer „Who Wants to Live Forever”.

Co prawda ten album nie jest największym osiągnięciem Queen, aczkolwiek obcowanie z „A Kind of Magic” to czysta przyjemność. Nie warto jej sobie odmawiać.

 

Koledzy od kieliszka. Freddie Mercury i Tony Hadley

Freddie Mercury i Spandau Ballet

Freddie Mercury i balety

Już niedługo okaże się czy „Bohemian Rhapsody” zdobył serca członków Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej.Część fanów narzeka, że film w wielu momentach mija się z prawdą, jednak większość zgadza się, że naprawdę dobrze oddaje klimat jaki panował w latach 80. Najbardziej z tego okresu zapadły nam wszystkim w pamięci niezapomniane piosenki, do dzisiaj grane na wielu imprezach. A jeżeli chodzi o różnego rodzaju bankiety, przyjęcia i balety to Freddie w latach 80. był w tym temacie mistrzem.

Do legendy przeszły hulanki piosenkarza z jego partnerką z początku lat 80. Barbarą Valentin, aktorką soft porno i modelką. Kochankowie szaleli w monachijskich klubach, aż się dymiło.  Ponadto osobisty asystent artysty Paul Prenter organizował skandaliczne przyjęcia. Wyszukiwał on mężczyzn, którzy mogliby się spodobać Freddiemu i sprowadzał ich do apartamentów hotelowych. Prenter załatwiał też ogromne ilości alkoholu i kokainy na te imprezy.

Tony Hadley

Najbardziej nieoczekiwanym kompanem imprezowym Freddiego stał się jednak Tony Hadley, wokalista niezwykle popularnego w latach 80. zespołu Spandau Ballet. Co ciekawe fani w Polsce mówią o tej grupie „wrogowie Depeche Mode”. 😀

Balety tej dwójki były o tyle intrygujące, że Hadley był całkowitym przeciwieństwem Mercury’ego. Potężnie zbudowany, mierzący 193 cm wzrostu i ważący ponad 110 kg ex-wokalista Spandau Ballet jest jednym z najbardziej znanych artystów o konserwatywnych poglądach w Anglii. Hadley jest publicznie znany nie tylko ze swojego zamiłowania do Margaret Thatcher, ale też ze zdrowego stylu życia. Muzyk biega, jeździ na nartach oraz chodzi po górach. Co wokalista Spandau Ballet robił więc w królestwie rozpusty u Mercury’ego?

Panowie poznali się w Birmingham w 1984 roku po koncercie zespołu Queen. Hadley jest bez dwóch zdań jednym z najbardziej wszechstronnych i utalentowanych wokalistów na świecie. Już na początku kariery Spandau Ballet, gdy zespół grał synthpopowe piosenki jak „To Cut a Long Story Short” i „Reformation„, porównywano go do Franka Sinatry. Jednym z jego fanów był wtedy Freddie Mercury, który zaprosił wokalistę i jego żonę na imprezę po koncercie. Jako, że Hadley za młodu słuchał Queen panowie mimo wielu różnić świetnie się dogadali. Mercury od tego czasu stał się mentorem Tony’ego Hadleya.

Sceniczny skandal

Co interesujące ta znajomość przyczyniła się do jednego z największych skandali scenicznych tamtych czasów. Freddie, pomimo wszystkich ekscesów z których był znany, bardzo poważnie traktował swoich słuchaczy i perfekcyjnie przygotowywał się do każdego występu.  Koncert podczas LIVE AID, który został pięknie odtworzony w filmie „Bohemian Rhapsody” jest na to przykładem. W przeciwieństwie do pozostałych wykonawców Queen dokładnie przećwiczyli swój występ. Wyszło niesamowicie. Mercury pomimo infekcji gardła zrobił wszystko, żeby fani dobrze się bawili.

Co najciekawsze to właśnie porządny Tony Hadley przyczynił się do tego, że Queen zawalili jeden ze swoich ostatnich występów z Mercurym na wokalu! W kwietniu 1985 roku Queen i Spandau Ballet objeżdżali Australię i Oceanię. Obydwie grupy miały tam zabukowane koncerty. Pech chciał, że część koncertów Spandau Ballet została odwołana. Było to spowodowane problemami promotora kapeli. Wtedy nie mający co robić Tony Hadley wpadł na pomysł, aby spotkać się ze swoim przyjacielem. Spotkanie odbyło się w barze, gdzie panowie wlali w siebie butelkę wódki. Później muzycy przenieśli się do pokoju hotelowego, gdzie stwierdzili, że nauczą się klasycznego rock ‚n’ rollowego numeru Elvisa Presleya „Jailhouse Rock”. Oczywiście pili przy tym mocne trunki.

Po tej suto zakrapianej imprezie Freddie wyszedł następnego dnia na scenę pijany! Nawet nie próbował śpiewać. Improwizował i śpiewał co mu ślina na język przyniesie. Koledzy z zespołu byli wściekli i zażenowani. Freddie jednak w czasie tego koncertu trochę wytrzeźwiał. Gdy wszystko na scenie wróciło w miarę do normy zza kulis niczym królik z kapelusza wyskoczył zaproszony przez Freddiego Tony Hadley. Panowie zaśpiewali wspólnie „Jailhouse Rock” i tarzali się przy tym ze śmiechu. W czasie tego krótkiego występu wokalista Spandau Ballet zapomniał co ma zaśpiewać – zamiast „piosenki Elvisa Presleya zaczął śpiewać „Tutti Frutti”. Jakby tego wszystkiego było mało wokaliści symulowali stosunek z gitarą Briana Maya. Tłum oszalał.

Résumé

Impreza z Hadleyem okazała się tą, która przyczyniła się do niedyspozycji Mercury’ego w czasie koncertu. Jest o tyle ciekawe, że pomimo wszystkich szaleństw wokalista Queen zawsze słynął ze swojego niezwykłego profesjonalizmu. Artysta nagrał przecież niesamowite partie wokalne na dwa ostatnie studyjne albumy Queen „Innuendo” i „Made in Heaven”.  Freddie Mercury pod koniec lat 80. bardzo słaby i wiedział, że jego dni są policzone. Co zaskakujące niedyspozycję zawdzięczał postaci słynącej ze swojej klasy i postawy etycznej. Zawdzięczał to Tony’emu Hadleyowi, który jest ojcem piątki dzieci i działaczem społecznym.

Ta wesoła historia pokazuje czym czasami kończą się spotkania z kolegami od kieliszka. Ale w końcu zbliża się weekend to nie pozostaje nam nic innego jak życzyć sobie dobrej imprezy z dobrą muzyką,np. piosenkami Queen lub Spandau Ballet.

 

 

 

Roger Tayor – Fun in Space

Roger Taylor - Fun in Space

Roger Taylor – Fun in Space (1981) EMI

Ocena: 4/5

01. „No Violins” – 4:33
02. „Laugh or Cry” – 3:06
03. „Future Management” – 3:03
04. „Let’s Get Crazy” – 3:40
05. „My Country I & II” – 6:49
06.”Good Times Are Now” – 3:28
07.”Magic Is Loose” – 3:30
08.”Interlude in Constantinople” – 2:04
09.”Airheads” – 3:38
10.”Fun in Space” – 6:22

Kim jest Roger Taylor

Ignorowany nawet przez fanów Queen debiutancki krążek perkusisty Rogera Taylora to kawał świetnej rockowej muzyki. Lepszej niż niektóre nagrania jego macierzystego zespołu z lat 80. To, że Roger Taylor nigdy nie był statystą w jednym z najpopularniejszych angielskich zespołów ubiegłego wieku wie już coraz więcej osób. Trasy koncertowe Queen z Paulem Rodgersem i Adamem Lambertem oraz film „Bohemian Rhapsody” zrobiły swoje. Słuchacze kręcący z początku nosem na to co się teraz dzieje z jedną z największych legend show-biznesu coraz coraz bardziej doceniają Taylora i to co obecnie robi. I bardzo dobrze. Bez niego Brianowi Mayowi ciężko byłoby prowadzić cały ten rockowy cyrk.

Roger Taylor jest nie tylko perkusistą, choć muzycznie z instrumentami perkusyjnymi czuje się najbardziej związany. Jest też świetnym wokalistą, autorem tekstów piosenek i kompozytorem. To, że świetnie śpiewa wiedzą wszyscy fani hard rocka i heavy metalu z lat 70. „The Loser in the End”, Tenement Funster, „I’m in Love with My Car„,”Drowse”,”Fight from the Inside„, „Rock It (Prime Jive)” to cudowne kawałki, które każdy szanujący się rockowy zespół chciałby mieć w swoim repertuarze. Po ich pierwszym przesłuchaniu aż ciężko uwierzyć, że to Queen. Roger Taylor naprawdę dobrze śpiewa i wiele osób w latach 70. dziwiło się, że nie jest wokalistą w swojej kapeli. Muzyk oczywiście wiedział jak wielkie umiejętności posiada i jako pierwszy członek Queen rozpoczął karierę solową! Było to na początku lat 80. Później wraz z klawiszowcem Spikiem Edneyem założył grupę The Cross, w której został wokalistą.

Początki solowej kariery

Kariera mistrza perkusji potoczyła się oczywiście mniej spektakularnie niż grupy Queen. Wpływ na to miał marketing, bo muzycznie Roger Taylor miał na początku lat 80. dużo więcej do zaoferowania niż Królowa. Przynajmniej dla fanów rocka. To był przecież okres, gdy Freddie Mercury wpadł w sidła diabolicznego Paula Prentera i pchnął zespół na nowe, dyskotekowe tory. Dla usprawiedliwienia Mercury’ego i Prentera warto zauważyć, że dyskotekowy, przesiąknięty kulturą gejowską styl jaki zaprezentował zespół w pierwszej połowie lat 80. był wtedy niezwykle modny. Szczyt powodzenia przeżywali wówczas Boy George, Jimmy Somerville czy Holly Johnson z Frankie Goes to Hollywood.

„Fun in Space” to rzecz, którą każdy kto lubi Queen powinien poznać i to nie tylko z powodu świetnej muzyki. W produkcję płyty zaangażowali się ludzie związani z zespołem. Inżynierem dźwięku i osobą, która zagrała na klawiszach był David Richards, który wyprodukował ostatnie trzy studyjne albumy Queen z Mercurym na wokalu. Obcy, który zerka na nas z okładki płyty to z kolei dzieło starego dobrego znajomego Rogera z czasów Smile, Tima Staffella. To właśnie on napisał wraz z Brianem Mayem „Doing All Right” z pierwszej płyty zespołu „Queen”.

Utwory

Na płycie Taylora dominują oczywiście dźwięki rockowe, aczkolwiek zaznaczone są wpływy disco z lat 70. oraz Vangelisa. Być może wpływ na brzmienie albumu miał udział w przedsięwzięciu Davida Richardsa? Rozpoczynający płytę „No Violins” to mocny numer w stylu piosenek Queen zaśpiewanych przez Rogera. „Laugh Or Cry” z wyróżniająca się partią gitary akustycznej bardziej do dokonań londyńskiego zespołu przywodzi na myśl piosenki Davida Bowiego oraz Rogera Watersa.

Rewelacyjny „Future Management” wyróżnia się przede wszystkim hipnotyczną linią basu i nasuwa skojarzenia z The Police. „Let’s Get Crazy” to hołd dla rock ‚n’ rolla z lat 50., który Roger wraz z Freddiem tak uwielbiali. Blisko 7-minutowy utwór „My Country, Pts. 1 & 2” to pop-rock z dużą domieszką syntezatorów spod znaku ELO z popisowym partiami perkusyjnymi Rogera. „Magic Is Loose” to kolejny numer w stylu Watersa, natomiast żywiołowy i melodyjny „Airheads” to mocny, rytmiczny kawałek, który podobnie jak „No Violins” mógłby znaleźć się na jednej z rockowych płyt Queen z lat 70.

Ocena

Reasumując debiutancki album kolegi Freddiego Mercury’ego to rzecz, która zaskoczy niejednego fana angielskiego kwartetu. Na pewno „Fun in Space” nie jest rzeczą wybitną. Był to jednak kolejny ważny krok w muzycznym rozwoju tego uzdolnionego artysty, który później popisał się między innymi piosenką „Radio Ga Ga”. Pierwotnie ten słynny kawałek nazywał się dość brzydko „Radio Ca Ca” i wywoływał skojarzenia skatologiczne. Słowa piosenki były z kolei mało subtelną krytyką popowych stacji radiowych. Ale to już zupełnie inna historia.

Queen – Innuendo – recenzja 2016

Queen__Innuendo

Queen – Innuendo (1991) Parlophone

01. Innuendo – 6:31
02. I’m Going Slightly Mad – 4:22
03. Headlong – 4:38
04. I Can’t Live with You – 4:33
05. Don’t Try So Hard – 3:39
06. Ride the Wild Wind – 4:43
07. All God’s People – 4:21
08. These Are the Days of Our Lives – 4:12
09. Delilah – 3:35
10. The Hitman – 4:56
11. Bijou – 3:36
12. The Show Must Go On – 4:36

Niedawno minęła 25. rocznica ukazania się albumu zespołu Queen „Innuendo” – płyty niezwykle ważnej w historii rocka. Krążek warto przypomnieć nie tylko w związku z dwudziestopięcioleciem wypuszczenia tego wydawnictwa na rynek. Nie sposób nie zauważyć analogii pomiędzy okolicznościami wydania „Innuendo” oraz ostatniej studyjnej płyty Davida Bowiego „Blackstar”. Warto posłuchać i dowiedzieć się więcej o tym albumie również w kontekście nadchodzącego koncertu zespołu Queen w Polsce, który jest zaplanowany na czerwiec tego roku.

Czternasty studyjny krążek brytyjskiego rockowego kwartetu Queen był ostatnim albumem z nowym materiałem, wydanym za życia wokalisty formacji Freddiego Mercury’ego. Album „Innuendo” został nagrany pomiędzy marcem 1989 roku a listopadem 1990 roku. W tym czasie Freddie Mercury był już poważnie chory. Lekarze zdiagnozowali AIDS u frontmana angielskiej formacji wiosną 1987 roku. Pogarszający się stan zdrowia lidera Queen był także przyczyną przesunięcia terminu premiery krążka „Innuendo”. Pierwotnie była ona zaplanowana na grudzień 1990 roku, tuż przed świętami Bożego Narodzenia.

Frederick Mercury, tak jak niedawno zmarły David Bowie, ukrywał prawie do samego końca swoją chorobę, aczkolwiek część fanów oraz dziennikarzy domyślała się, że coś jest na rzeczy. Na twarzy oraz dłoniach artysty pojawiły się mięsaki Kaposiego – nowotwory złośliwe i klinicznie charakteryzujące się występowaniem czerwonych lub fioletowych plam pod skórą lub błonami śluzowymi. W przypadku chorych na HIV objawy tego nowotworu pojawiają się również na narządach wewnętrznych. Fani piosenkarza twierdzą, iż wspomniane mięsaki Kaposiego były przyczyną zapuszczenia krótkiego zarostu przez Mercury’ego, który w nowym imażu zaprezentował się w teledyskach do utworów z płyty „The Miracle” z 1989 roku.

Album „Innuendo”, będący w pewnym sensie nawiązaniem do korzeni grupy z lat 70., w chwili gdy się ukazał otrzymał niezwykle mieszane recenzje. Bardzo rzadko zdarza się, żeby jedno dzieło tak podzieliło krytyków muzycznych. Jednak nawet uwzględniając argumenty osób, które wypowiedziały się negatywnie o finalnym dziele Freddiego Mercury’ego, nie sposób nie zauważyć, że mimo upływu lat krążek jest w dalszym ciągu przedmiotem dyskusji wśród fanów muzyki rozrywkowej oraz jest chętnie słuchany.

Na pewno nie sposób się nie zgodzić z tezą, że „Innuendo” to przede wszystkim cztery wybitne utwory, które ukazały się na singlach oraz bardzo dobra, aczkolwiek wyraźnie słabsza pozostała część płyty. W przeciwieństwie do innych wydawnictw trzeba jednak wskazać na to, że ostatni, wydany za życia lidera album Queen jest nie tylko wydawnictwem muzycznym. Brytyjski zespół w ciągu blisko dwudziestoletniej kariery przeistoczył się w popkulturowy, rozrywkowy kombajn, który zaczął żyć własnym życiem, niezależnie od angielskiego przemysłu muzycznego. Wiadomo było od pewnego momentu, że cokolwiek się nie wydarzy każdy kolejny krążek zespołu to będzie hit. Tak też się stało z „Innuendo”. Album doszedł do 1. miejsca list przebojów w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Holandii, Włoszech i Szwajcarii. Sprzedał się też na tyle dobrze w Stanach Zjednoczonych, że dorobił się statusu złotej płyty.

Warto przyjrzeć się także stronie wizualnej wydawnictwa, która jest niezwykle oryginalna i kunsztownie wykonana. Przede wszystkim zespołowi Queen udało się wprowadzić do popkultury dzieła francuskiego grafika, karykaturzysty i ilustratora Grandville’a. Album promowały grafiki dziewiętnastowiecznego artysty, w tym znajdująca się na okładce krążka ulepszona wersja ilustracji „Żonglujący światami”. Obrazki Grandville’a zostały też wykorzystane w teledysku do utworu tytułowego z tej płyty, wykonanego przez austriackich artystów ze studia DoRo Productions.

Wspomniany wideoklip jest jednym z najciekawiej zrealizowanych i najbardziej pomysłowych filmów w historii przemysłu muzycznego. Każdy w członków zespołu został tutaj narysowany w innym, malarskim stylu. Freddie Mercury został przedstawiony w stylu charakterystycznym dla obrazów Leonarda da Vinci. Basista John Deacon został rozrysowany techniką kubistyczną, reprezentatywną dla twórczości hiszpańskiego malarza Pablo Picasso. Postać perkusisty Rogera Taylora została zaprezentowana w manierze ekspresjonizmu abstrakcyjnego, wymyślonej przez Amerykanina Jacksona Pollocka. Natomiast gitarzystę Briana Maya artyści z DoRo Productions namalowali w stylu wiktoriańskim. Muzyka idealnie współgra tutaj z filmem. Jak podkreślił Brian May to perfekcyjnie zrealizowane wideo przyczyniło się do sukcesu tego długiego, blisko siedmiominutowego utworu, który w styczniu 1991 roku od razu wskoczył na 1. miejsce listy przebojów w Wielkiej Brytanii.

innuendo

innuendo2

innuendo3

innuendo6

„Innuendo” jest kawałkiem dosyć wymagającym od współczesnego odbiorcy, nie przyzwyczajonego do tego typu form muzyki popularnej. Nawiązujący w swojej strukturze do utworu „Bohemian Rhapsody”, z refleksyjnym, zadumanym tekstem numer jest jednym z najbardziej nietypowych muzycznych hitów zespołu. Mroczna, epicka kompozycja przywołuje progresywną i hard rockową muzykę rockową lat 70., której Queen był przedstawicielem. Można stwierdzić, że był to niezwykle udany rzut oka wstecz i sentymentalne pożegnanie z minioną epoką, godne największych mistrzów. O tym jak bardzo profesjonalna jest to produkcja świadczy również fakt, iż solo na gitarze klasycznej w stylu flamenco, znajdujące się w środku utworu, wykonał prawdziwy wirtuoz Steve Howe – gitarzysta zespołu Yes, specjalnie zaproszony na tę okazję do studia nagraniowego.

Wspomniana gitarowa solówka nie jest jedyną tak charakterystyczną i rozpoznawalną partią gitarową z tego krążka. Nagrane w stylu slide partie gitarowe z kawałka „I’m Going Slightly Mad” to z kolei popis gitarzysty Briana Maya. Wyżej wymieniony numer diametralnie się różni od utworu tytułowego. Wypełniona psychodelicznymi dźwiękami piosenka jest utrzymana jest w stylu gotyckiego rocka i zawiera niezwykle humorystyczny tekst. Jednak humor znajdujący się w piosence oraz nakręconym do niej teledysku jest niezwykle czarny.

Wideoklip do „I’m Going Slightly Mad” zawiera ostatnią ważną kreację Freddiego Mercury, który pojawia się tutaj w czarnej peruce, białych rękawiczkach i jest przykryty grubą warstwą makijażu. Czarno-biały obraz jednak nie był w stanie ukryć postępującej choroby muzyka, który wygląda w tym teledysku upiornie. Prawdopodobnie była to jedna z rzeczy, przez którą ten posępny numer nie był zbyt często emitowany w MTV. Warto jednak obejrzeć ten teledysk dla niezwykłego klimatu oraz stada oswojonych pingwinów, które się w nim pojawiło. Film do „I’m Going Slightly Mad” to czysty surrealizm, który jest dowodem na pomysłowość muzycznego kombinatu o nazwie Queen, który mimo ogromnej popularności wcale nie oferował odbiorcom rzeczy najłatwiejszych.

queen_slightly_mad

slightly_mad2

Nie był to jednak ostatni teledysk w którym pojawił się wokalista grupy. Freddie Mercury wystąpił jeszcze w skromnym obrazie do soft-rockowej ballady „These Are the Days of Our Lives„, będącej pożegnaniem artysty z fanami. Numer „These Are the Days of Our Lives” jest bez wątpienia najlepszą ballada zespołu wyróżniającą się charakterystycznymi zagrywkami na kongach. Utwór już po śmierci Mercury’ego doszedł do 1. miejsca listy przebojów w Wielkiej Brytanii. Następnie otrzymał nagrodę Brit w kategorii najlepszy singiel roku.

Ostatnim wielkim numerem z „Innuendo” jest zamykający płytę art-rockowy kawałek „The Show Must Go On„, który zdecydowanie jest jedną z najczęściej emitowanych w radiu piosenek Queen. Piosenka „The Show Must Go On” napisana przez Briana Maya jest sama w sobie bardzo optymistyczna, jednak w w obliczu śmierci wokalisty jej tekst nabrał zupełnie innego znaczenia.

Innym numerem Maya, również wydanym na singlu był motoryczny, hard rockowy kawałek „Headlong„, który pierwotnie miał znaleźć się na solowym wydawnictwie gitarzysty. „Headlong” odstaje wyraźnie poziomem od pozostałych singli z tej płyty. Jest to także numer, który  w większym stopniu niż do majestatycznego, refleksyjnego „Innuendo” pasuje do bardziej optymistycznego poprzedniego albumu  grupy „The Miracle”. Z pozostałych utworów znajdujących się na krążku najbardziej interesujące są: chwytająca za serce ballada „Don’t Try So Hard” oraz niemalże w całości instrumentalna kompozycja „Bijou”. W tym ostatnim utworze Brian May daje solowe show godne największych wirtuozów tego instrumentu.

Podsumowując „Innuendo” można stwierdzić, że pomimo paru mniej fascynujących fragmentów i pojawiających się gdzieniegdzie mniej lub bardziej krytycznych recenzji jest to album wielki, który od ćwierćwiecza oczarowuje i intryguje słuchaczy. Płyta „Innuendo” również w znacznym stopniu spotęgowała legendę zespołu Queen, świetnie sprzedającego się do dnia dzisiejszego.

Queen – Made in Heaven

Queen__Made_in_Heaven

Queen – Made in Heaven (1995) Parlophone

smoothstar2smoothstar2smoothstar2smoothstar_halfsmoothstar0

01. It’s a Beautiful Day
02. Made in Heaven – 5:25
03. Let Me Live – 4:45
04. Mother Love – 4:46
05. My Life Has Been Saved – 3:15
06. I Was Born to Love You – 4:49
07. Heaven for Everyone – 5:36
08. Too Much Love Will Kill You – 4:18
09. You Don’t Fool Me – 5:23
10. A Winter’s Tale – 3:49
11. It’s a Beautiful Day (reprise)
12. Yeah – 0:04
13. Track 13 – 22:32

Sesja nagraniowa

Co ciekawe z ostatnich nagrań Queen to nie ostatnia płyta „Made in Heaven”, tylko „Innuendo” robi najbardziej przygnębiające wrażenie. Przedostatni studyjny album Queen z Freddiem Mercurym na wokalu brzmi tak jakby za chwilę miał nastąpić koniec świata. Zresztą jak on ma brzmieć? Lekarze byli zgodni co do tego, że Mercury nie dożyje premiery tego albumu, więc grobowa atmosfera udzieliła się też pozostałym członkom zespołu. W porównaniu do „Innuendo” ostatniego krążka zespołu słucha się wręcz przyjemnie,  chociaż sesja nagraniowa, która rozpoczęła się w 1991 roku była dramatyczna.

Freddie miał już nie żyć. Wyczerpany chorobą gwiazdor jednak nie tylko dożył premiery „Innuendo”, ale rozpoczął pracę nad nowym materiałem, który ukazał się 4 lata po jego śmierci. Artysta wykazał się niezwykłym hartem ducha, ale również godnością. W obliczu nieuchronnej śmierci nie narzekał, nie rozpaczał, tylko pracował z podniesioną głową. Niejednokrotnie leżał na ziemi w studiu nagraniowym, ale się nie poddał. Mercury dał przykład jak godnie chorować i jak godnie umrzeć i za to powinien zostać zapamiętany. To właśnie postawa muzyka w obliczu śmierci uczyniła go idolem setek milionów ludzi w czasach, gdy nowotwory, AIDS i inne nieuleczana choroby zbierają żniwo większe niż kiedykolwiek wcześniej w historii. To głównie z podziwu dla postawy artysty „Made in Heaven” sprzedał się w ilości ponad 20 milionów egzemplarzy na świecie i stał się najlepiej sprzedającym się albumem Queen.

Wesołe piosenki

Tutaj nie ma złożonych, wyszukanych majstersztyków typu „Bohemian Rhapsody” czy „Innuendo”. Nie ma nawet galaktycznych przebojów jak „These Are the Days of Our Lives”, „We Are the Champions” czy „Don’t Stop Me Now”. Są po prostu ładne piosenki, które w większości wprowadzają słuchaczy w blogi nastrój. Taki był chyba zresztą zamysł żyjących członków zespołu, aby  „Made in Heaven” nie było płytą dołującą, smutną, tylko błogą zawierającą przyjemną muzykę, jaką ludzie sobie puszczają na Hawajach.

To dlatego na krążku znajdują się przerobione wesołe piosenki: „Made in Heaven” („Kiedy nadciąga burzowa pogoda/To było wytworzone w niebie/Kiedy słońce przebije się zza chmur/Chciałbym, żeby trwało to wiecznie, tak/Chciałbym, żeby tak było zawsze, na zawsze”) i „I Was Born to Love You” („Urodziłem się by Cię kochać/Każdym uderzeniem mego serca/Tak, urodziłem się by się troszczyć o Ciebie/Każdego dnia mego życia”), oryginalnie znajdujące się na debiutanckim albumie Mercury’ego „Mr. Bad Guy”. Tutaj znajduje się żywiołowa rockowa ballada z elementami gospel „Let Me live”, która wcześniej została nagrana wraz z Rodem Stewartem i miała się znaleźć na płycie „The Works”. Na tym krążku jest też rock w stylu hipisowskim „Heaven for Everyone”, który Roger Taylor napisał po wydaniu „A Kind of Magic” na płytę swojego zespołu Cross.

Melodramatyczne „A Winter’s Tale” i „Mother Love”

Tak na dobrą sprawę Queen w melodramatyczne tony uderzają tu tylko dwa razy. Ma to miejsce w psychodelicznej, blues-rockowej balladzie „A Winter’s Tale” autorstwa Mercury’ego, który już był pogodzony ze światem i z nadchodzącą śmiercią i śpiewa w niej o pięknie przyrody. Drugi raz gdy muzycy opowiadają o matczynej miłości w rockowej balladzie „Mother Love”. Ten numer był ostatnim zaśpiewanym przez Mercury’ego. Z powodu gorszego samopoczucia i później śmierci ostatnią zwrotkę zaśpiewał  Brian May. Gitarzysta wykonał jednak świetną robotę w studiu i ten sposób prezentacji wydaje się celowym zabiegiem artystycznym.

Pokłosie

„Made in Heaven” na pewno nie jest najlepszą płytą w dyskografii zespołu jak to mówił Brian May. Nie jest też testamentem Mercury’ego jak to niektórzy widzieli. Z ostatniej sesji nagraniowej z 1991 roku znajdują się zaledwie trzy piosenki: wspomniane „A Winter’s Tale”, „Mother Love” oraz dyskotekowa, nawiązująca do czasów „Hot Space” i niepasująca do reszty płyty „You Don’t Fool Me”. Ostatni studyjny album brytyjskiej grupy jest jednak kolejną bardzo dobrą i mało wymagającą propozycją obok chociażby „The Miracle” na przyjemne niedzielne popołudnie, aczkolwiek z pewną dozą refleksji.

Na koniec warto dodać, że album zawiera najdziwniejszą i najdłuższą kompozycję zespołu w całej jego dyskografii „Track 13”. Ten utwór to czysty ambient i muzyczne wyobrażenie nieba. Kompozycja została napisana i nagrana przez Briana Maya, Rogera Taylora oraz Davida Richardsa – producenta dwóch poprzednich studyjnych płyt Królowej. 22-minutowy „Track 13” jest symbolicznym pożegnaniem zespołu w klasycznym składzie z fanami.

Później zespół występował z nowymi wokalistami Paulem Rodgersem i Adamem Lambertem i w koncertowym wydaniu wypadał niezwykle przekonująco. Ale to już inna, nieco mniej romantyczna historia.

Queen – Innuendo

Queen – Innuendo (1991) Parlophone

01. Innuendo – 6:31
02. I’m Going Slightly Mad – 4:22
03. Headlong – 4:38
04. I Can’t Live with You – 4:33
05. Don’t Try So Hard – 3:39
06. Ride the Wild Wind – 4:43
07. All God’s People – 4:21
08. These Are the Days of Our Lives – 4:12
09. Delilah – 3:35
10. The Hitman – 4:56
11. Bijou – 3:36
12. The Show Must Go On – 4:36

Najlepszy według wielu fanów album Queen był nagrywany w dramatycznych okolicznościach. Przygnębiający dla fanów muzyki był też fakt, że „Innuendo” nie był promowany na żywo. Ale nie mógł być. Freddie Mercury tuż przed śmiercią stracił stopę, jego ciało zajmowały liczne nowotwory skóry i drastycznie stracił na wadze. Lekarze byli przekonani, że Farrokh nie dożyje premiery albumu. Jednak dożył i jakby tego było mało ta płyta tak go uskrzydliła, że z niesamowitą energią jak na człowieka wycieńczonego chorobami nagrywał kolejne partie wokalne, które zostały wykorzystane na albumie  „Made in Heaven”. Wart podkreślenia jest fakt, że artystę w tym trudnym czasie bardzo wspomogli koledzy z zespołu.Nie tylko chronili go przed paparazzi, ale też napisali lwią część materiału na „Innuendo” i wszystkie piosenki podpisali jako Queen.

Co ciekawe na głównego song-writera zespołu wyrósł Roger Taylor, który miał już na koncie takie przeboje jak „Radio Ga Ga”, „A Kind of Magic” i „Breakthru”. Do szwajcarskiego studia (muzycy przenieśli się tam z Londynu z powodu czyhających pod studiem na Freddiego dziennikarzy) perkusista przyniósł między innymi utwory „Innuendo” i „These Are the Days of Our Lives”, które okazały się najlepszymi na płycie i doszły do 1. miejsca listy przebojów w Wielkiej Brytanii. To był kolejno trzeci i czwarty hit numer 1 tego zespołu w Anglii, co jest o tyle zastanawiające, że przecież ikonicznych piosenek zespół miał co nie miara. Wystarczy wspomnieć „We Are the Champions”, „Crazy Little Thing Called Love” i wspomniane „Radio Ga Ga”, które doszły „tylko” do 2. miejsca w Wielkiej Brytanii. Ponadto „These Are the Days of Our Lives” przyniósł Queen nagrodę BRIT za najlepszą piosenkę roku i do dnia dzisiejszego pozostaje hitem wszech czasów Listy przebojów Programu 3 Polskiego Radia!

Co ciekawe są to dwie całkowicie rożne piosenki. „Innuendo” to muzyczna epopeja, podróż przez różne style, począwszy od hard rocka, poprzez operę i flamenco. „These Are the Days of Our Lives” to z kolei wyjątkowo prosta pod względem budowy ballada. Utwór został zapamiętany nie tylko dzięki pięknej melodii, ale też przez partię bębnów konga, genialną gitarową solówkę Maya oraz końcówkę teledysku, gdzie Mercury patrzy na wprost kamery i szeptem wypowiada słowa „I still love you”. Był to ostatni raz, gdy frontman zespołu pojawił się przed kamerą i to zdarzenie biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności miało dla wielu fanów wymiar mistyczny.

Zresztą Taylor napisał na płytę jeszcze jeden fajny numer „Ride the Wild Wind”, będący w zamyśle kontynuacją motoryzacyjnego hitu „I’m in Love with My Car”. Poza tym na „Innuendo” są de facto same hity. Rockowy przebój „The Show Must Go On”. Heavy metalowe numery „The Hitman” i „Headlong”. Przejmująca syntezatorowa ballada „Don’t Try So Hard”. Przebogata aranżacyjnie, z potężnymi chórkami piosenka „All God’s People”, nad którą Freddie pracował już przy projekcie „Barcelona”. „Bijou”, gdzie główną rolę gra gitara Briana Maya, przypominająca instrumentalne szaleństwa Davida Gilmoura. Syntezatorowy, psychodeliczny rock  „I’m Going Slightly Mad”, zainspirowany twórczością Noëla Cowarda. Do tego ostatniego został zresztą nakręcony pamiętny czarno-biały film, gdzie Mercury został ucharakteryzowany niczym wspomniany Coward lub też Robert Smith. Wszystko po to, by ukryć fatalny stan zdrowia artysty.

„Innuendo” koniecznie trzeba znać. To nie tylko wybitny rockowy album. Tak jak w przypadku „A Kind of Magic” to też wielka historia. Ludzie na całym świecie, a przede wszystkim Anglicy żyli wtedy tematem Queen i chorobą największej gwiazdy rocka tamtych lat. W tym kontekście nie dziwi koczowanie dziennikarzy pod studiem Metropolis oraz domem wokalisty w Londynie, jakkolwiek wydaje się to niesmaczne.