Elton John – Too Low for Zero

Elton John – 2 ↓ 4 0 (1983) Rocket

Ocena:5/5

01. Cold as Christmas (In the Middle of the Year) – 4:19
02. I’m Still Standing – 3:02
03. Too Low for Zero – 5:46
04. Religion – 4:05
05. I Guess That’s Why They Call It the Blues – 4:41
06. Crystal – 5:05
07. Kiss the Bride – 4:22
08. Whipping Boy – 3:43
09. Saint – 5:17
10. One More Arrow – 3:34

Muzyka Eltona Johna z lat 80. kojarzy się większości słuchaczy z tym albumem. Nic dziwnego. „2 ↓ 4 0” sprzedał się o wiele lepiej niż kilka poprzednich płyt artysty i w ogóle był to największy hit muzyka z lat 80. Poza tym Elton nagrał go ze swoimi starymi kompanami, których porzucił pod koniec lat 70. Do pracy nad dziełem przystąpili Davey Johnstone, Dee Murray, Nigel Olsson, no i przede wszystkim tekściarz Bernie Taupin. Przede wszystkim jednak „2 ↓ 4 0” to bezbłędny pop-rockowy album, o wiele lepszy od swojego całkiem przyzwoitego poprzednika.

„2 ↓ 4 0” rozpoczyna piękna, świąteczna ballada „Cold as Christmas (In the Middle of the Year)”. Większość osób uznałaby umieszczenie na początku płyty bożonarodzeniowej piosenki za strzał kulą w płot. Elton John wiedział jednak co robi umieszczając numer na wstępie dzieła. „Cold as Christmas” hipnotyzuje przepiękną melodią oraz dźwiękami elektrycznego pianina rhodesa, syntezatorów, akustyków oraz harfy. Zaraz po nim znajduje się rockowy szlagier „I’m Still Standing”. Ciekawostką jest, że ten motoryczny numer cieszy się do dzisiaj ogromną popularnością w Polsce. W tamtym roku był jeden z 50 najchętniej prezentowanych utworów w polskim radiu.

Następny kawałek „2 ↓ 4 0” przynosi chwilę wytchnienia i wyraźnie nawiązuje do modnej w tamtym okresie muzyki syntezatorowej. „Religion” na tle poprzednich trzech numerów wypada bardzo blado. Można go nazwać przyjemnym rockowym utworem, ale też dobre jest dla niego określenie „typowy numer adult contemporary”, co już komplementem nie jest. „I Guess That’s Why They Call It the Blues” to drugi obok „I’m Still Standing” hicior znany ludziom pod każdą szerokością geograficzną. Ten soft-rockowy utwór jest podobny do innego hitu artysty z początku lat 80. „Blue Eyes”, stąd Elton John często na koncertach wykonuje medley złożony z tych dwóch piosenek.

Na płycie znajdują się też takie ciekawe kawałki jak: rytmiczny, syntezatorowy „Crystal”, rockowa ballada „Saint” zawierająca momenty dramatyczne oraz syntetyczne wstawki rodem z albumów Vangelisa a także piosenka „One More Arrow”. Ten ostatni utwór nawiązuje do bogato zaaranżowanych ballad z pierwszego okresu działalności artysty i olśniewa słuchaczy piękną melodią oraz dźwiękami smyków.

„2 ↓ 4 0” ma pewne wady, jednak jest klasyk, którego świetnie się słucha, mimo że zna się go niemalże na pamięć. Z pełną świadomością można go postawić obok największych płyt artysty „Goodbye Yellow Brick Road” i „Captain Fantastic and the Brown Dirt Cowboy”.

LSD – Labrinth, Sia & Diplo Present… LSD

LSD – Labrinth, Sia & Diplo Present… LSD (2019) Columbia

Ocena: 3,5/5

01. Welcome to the Wonderful World Of – 1:56
02. Angel in Your Eyes – 3:06
03. Genius – 3:33
04. Audio – 3:24
05. Thunderclouds – 3:07
06. Mountains – 3:14
07. No New Friends – 2:55
08. Heaven Can Wait – 3:15
09. It’s Time – 3:29
10. Genius (Lil Wayne remix) – 2:42

Robię bombowy
Bombowy rytm, dam wam melodię
Zrobię piosenkę
tak słodką, że wrócicie ze mną do domu

LSD – Audio

Wydawało się, że supergrupa pod nazwą LSD wywoła większe zamieszanie. Tymczasem przebojowy album formacji błąka się w odmętach list przebojów i nie wygląda na to, aby wypłynął na powierzchnię. Szkoda, bo potencjał grupy jest ogromny. Zespół tworzy przecież trójka znanych i utalentowanych muzyków: piosenkarze Labrinth i Sia oraz producent muzyki elektronicznej Diplo.

Debiutanckiej płyty LSD słucha się przyjemnie, chociaż muzycy nie odkrywają Ameryki. Wszystko co się tu znajduje jest podobne do nagrań The Black Eyed Peas, Clean Bandit, Major Lazer oraz oczywiście do solowych utworów muzyków tworzących LSD. Album jest bardzo krótki. Trwa niewiele ponad 30 minut i w dodatku jedna z piosenek „Genius” znajduje się tu w dwóch różnych wersjach. Na niekorzyść płyty przemawia też to, że muzycy najmocniejsze karty odkryli na długo przed premierą krążka. Najlepsze utwory z płyty na czele z rewelacyjnym „Audio” promowały LSD w 2018 roku. W tym roku trójka muzyków zaskoczyła słuchaczy wyłącznie minimalistycznym „Angel in Your Eyes”. Reszta nowych kawałków ujdzie w tłumie.

Krążek LSD na pewno umilił mi popołudnie, a numer „Audio” z perfekcyjnymi zaśpiewami Sii wrzucę na playlistę z ulubionymi utworami. Album na pewno jest dobry, jednak nie jest niczym wyjątkowym ani szczególnie pięknym na rynku muzycznym. Szkoda tylko, że aż tak przepadł. Patrząc na czołówki list przebojów z pełną świadomością mogę stwierdzić, że nie zasługiwał na taki los.

Sara Bareilles – Amidst the Chaos

Sara Bareilles – Amidst the Chaos (2019) Epic

Ocena: 3/5

01.Fire
02.No Such Thing
03.Armor
04.If I Can’t Have You
05.Eyes on You
06.Miss Simone
07.Wicked Love
08.Orpheus
09.Poetry by Dead Men
10.Someone Who Loves Me
11.Saint Honesty
12.A Safe Place to Land (featuring John Legend)

Piękna Sara Bareilles jest amerykańską odpowiedzią na Katie Melua, chociaż blisko jej też do Fiony Apple, Tori Amos oraz KT Tunstall. Piosenkarka odniosła duży sukces w Stanach. Jej trzeci studyjny album „Kaleidoscope Heart” z 2010 roku z miejsca zdobył szczyt listy Billboaru. Z kolei jej następny krążek „The Blessed Unrest” zdobył nominację do nagrody Grammy w kategorii album roku. Pomimo dużej popularności w USA, Sara Bareilles w Europie jest artystką praktycznie nieznaną.To się na pewno nie zmieni po nowej płycie „Amidst the Chaos”. Album już poniósł klęskę na rynku brytyjskim, gdzie zadebiutował zaledwie na 82. miejscu! W innych europejskich krajach przeszedł na razie niezauważony.

Co jest nie tak z tą płytą? Przede wszystkim artystka trochę dorosła, co niekoniecznie wyszło jej na dobre. Sara Bareilles 10 lat temu była uznawana za jedną z najciekawszych piosenkarek pop-rockowych. Z wiekiem artystka zaczęła skręcać w stronę soulu, ballad i bardziej wyrafinowanych brzmień. Gdy nagrywała swoje największe przeboje „Love Song” i „King of Anything” była umieszczana w tej samej szufladzie co Vanessa Carlton, KT Tunstall, Kelly Clarkson i inne rozrywkowe piosenkarki. „Amidst the Chaos” to trochę inna bajka. Ten sam wspaniały głos co kiedyś, ale nowe utwory Sary bardziej od przystępnych, radiowych pop-rockowych przebojów przypominają wyrafinowane nagrania Fiony Apple, Brandi Carlile czy też zasłużonej Tori Amos.

Pojedynczych nagrań z tej płyty jak „Fire”, „No Such Thing”, „Armor”, „Wicked Love” czy „Eyes on You” słucha się naprawdę bardzo dobrze. „Amidst the Chaos” jako całość jednak nudzi, męczy i raczej nie zagości na dłużej w moim odtwarzaczu. Co ciekawe Sara Bareilles dojrzała nie tylko pod względem muzycznym, ale też politycznym. Jako dzierlatka Sara Bareilles śpiewała „Nie zamierzam napisać ci miłosnej piosenki/Tylko dlatego, że o nią poprosiłeś/Ponieważ takowej potrzebujesz, widzisz/Nie zamierzam napisać ci miłosnej piosenki„. Na jej najnowszym krążku znajdują się natomiast ody do prezydenta Obamy, piosenka zainspirowana ruchem #MeToo („Armor”) oraz numer poświęcony polityce migracyjnej Donalda Trumpa.

Weyes Blood – Titanic Rising

Weyes Blood – Titanic Rising (2019) Sub Pop

1.A Lot’s Gonna Change – 4:21
2.Andromeda – 4:40
3.Everyday – 5:07
4.Something to Believe – 4:45
5.Titanic Rising – 1:36
6.Movies – 5:53
7.Mirror Forever – 5:05
8.Wild Time – 6:09
9.Picture Me Better – 3:41
10.Nearer to Thee – 1:05

Najnowszy album Natalii Mering „Titanic Rising” zebrał znakomite recenzje. Jest to objawienie tego sezonu, ale warto w tym miejscu napomknąć, że poprzednie wydawnictwa artystki również cieszyły się sporym powodzeniem wśród krytyków. „Titanic Rising” trochę mnie jednak zawiódł. Nagrania z płyty przypominają dokonania St. Vincent, Jenny Hval czy też U.S. Girls, jednak Natalii Mering brakuje przebojowości koleżanek po fachu. Na pewno dam nowej płycie Weyes Blood szansę, bo lubię taki rodzaj muzyki, ale wydaje mi się, że kawałki „A Lot’s Gonna Change”, „Movies”czy „Andromeda” nie zagoszczą na mojej playliście. Niemniej jednak wydany przez legendarną wytwórnię Sub Pop album jest jedną z najlepiej ocenionych płyt w tym roku przez dziennikarzy „Mojo”, „The Independent” oraz „Pitchforka”. Warto więc go samemu sprawdzić.

The Prodigy – No Tourists

The Prodigy – No Tourists (2018) Take Me to the Hospital, BMG

Ocena: 3,5/5

1.Need Some1 – 2:43
2.Light Up the Sky – 3:20
3.We Live Forever – 3:43
4.No Tourists – 4:18
5.Fight Fire with Fire (featuring Ho99o9) – 3:29
6.Timebomb Zone – 3:24
7.Champions of London – 4:49
8.Boom Boom Tap – 4:05
9.Resonate – 3:50
10.Give Me a Signal (featuring Barns Courtney) – 4:01

Ta płyta chyba już zawsze będzie mi się kojarzyła ze śmiercią Keitha Flinta. Jeszcze parę miesięcy temu, gdy ukazał się album „No Tourists” nic nie zapowiadało tragedii. Płyta, pomimo że jest wtórna, zdobyła uznanie krytyków muzycznych, a zbliżający się do 50-tki Keith Flint był w lepszej formie niż kiedykolwiek. Wokalista definitywnie skończył z używkami i alkoholem, biegał i był w świetnej formie fizycznej. Jednak to wszystko były pozory. W jego głowie rozgrywał się dramat, a rozstanie z żoną tylko przyspieszyło koniec.

Na Flincie dziennikarze stawiali krzyżyk raczej w latach 90., gdy ten był dla części społeczeństwa ucieleśnieniem zła. Wytatuowany, z kolczykami w nosie oraz dwoma kolorowymi irokezami na głowie muzyk był twarzą jednego z najbardziej agresywnych angielskich zespołów techno.

Zespół The Prodigy największy sukces w karierze odniósł w 1997 dzięki mrocznej płycie „The Fat of the Land”, która stała się bestsellerem na całym świecie, także w Stanach Zjednoczonych, gdzie zespół nie jest zbyt popularny. Później grupa trochę się uspokoiła. Jej kolejne nagrania trzymały poziom, ale brakowało nowych ciekawych pomysłów i energii. Bohaterowie się zestarzeli. Po prostu.

Najnowszego krążka Brytyjczyków na pewno dobrze się słucha. „Need Some1”, „Light Up the Sky”, „Timebomb Zone” czy „We Live Forever” to dobre, oparte na świetnych samplach kawałki, które przenoszą niczym wehikuł czasu w sam środek lat 90. Te szybkie utwory brzmią wręcz jak odnalezione po latach nagrania.

„No Tourists” to taki odgrzewany kotlet, ale bardzo przyjemny. Nie jest to album tak agresywny i kontrowersyjny jak dzieła z lat 90., ale w nostalgiczny i przebojowy sposób przypomina czym kiedyś był ten zespół. „NME” dał pięć gwiazdek. Można było odnieść wrażenie, że The Prodigy rozpoczęli drugą młodość. Tymczasem było to pożegnanie. Może nie zespołu, którym kieruje Liam Howlett, ale Keitha Flinta.

Karen O and Danger Mouse – Lux Prima

Karen O and Danger Mouse – Lux Prima (2019) BMG

Ocena: 4/5

1.Lux Prima – 9:02
2.Ministry – 5:06
3.Turn the Light – 3:19
4.Woman – 2:54
5.Redeemer – 3:49
6.Drown – 3:26
7.Leopard’s Tongue – 3:13
8.Reveries – 3:44
9.Nox Lumina – 6:09

Wszystkie nagrania Karen O po wydaniu rewelacyjnego krążka „It’s Blitz!” pozostawiały pewien niedosyt. Wszystko niby było na poziomie, ale to nie było to. Nowofalowy przebój „Sacrilege” z gościnnym udziałem chóru gospel, industrialny cover „Immigrant Song” nagrany do spółki z Trentem Reznorem z Nine Inch Nails oraz nominowany do Oscara folkowy kawałek „The Moon Song” w miły sposób łechtały nasze uszy, ale nie powodowały szybszego bicia serca. Coś się ewidentnie skończyło. Na dodatek Karen wraz z reżyserem Barnabym Clayem założyła rodzinę i jej kariera muzyczna zeszła na dalszy plan.

„Lux Prima” jest doprawdy wielkim zaskoczeniem,biorąc pod uwagę powyższe fakty. To zdecydowanie najciekawsza propozycja artystki od dziesięciu lat, chwalona wszędzie, począwszy od „NME” i „DIY”,a skończywszy na „Allmusic” i „Pitchforku”. Płytka toczy się dość leniwie i tylko momentami przypomina dokonania jej macierzystego zespołu. „Lux Prima” ze swoją wyrafinowaną aranżacją, smykami i chórem bardziej niż Yeah Yeah Yeahs przypomina dokonania trip-hopowego Portishead. Jakby tego było mało gdy odpaliłem „Drown” przypomniał mi się drugi studyjny album Eltona Johna. Legendarny, softrockowy i po części symfoniczny krążek Eltona też jest zdominowany przez piękne melodie, toczy się w niespiesznym tempie i uspokaja słuchaczy.

Do nagranego z Danger Mousem z zespołu Gnarls Barkley będę pewnie czasem wracał, bo to przyjemny album na leniwe niedzielne popołudnie. Gdybym z kolei wybierał kawałki na playlistę to wybrałbym „Woman”, „Redeemer” oraz „Leopard’s Tongue”. Może nie są to najlepsze utwory na płycie, ale przywołują dziki styl Yeah Yeah Yeahs, który tak bardzo pobudził fantazję moją oraz wielu innych słuchaczy w poprzedniej dekadzie.