David Bowie – Blackstar, recenzja 2016

David Bowie - Blackstar

David Bowie – Blackstar (2016) Columbia

Ocena: 5/5

01. Blackstar – 9:56
02. ‚Tis a Pity She Was a Whore – 4:45
03. Lazarus – 6:23
04. Sue (Or in a Season of Crime) – 4:35
05. Girl Loves Me – 4:53
06. Dollar Days – 4:36
07. I Can’t Give Everything Away – 5:41

Wielka premiera

Biorąc pod uwagę dramatyczne okoliczności w jakich była nagrywana ta płyta, nie sposób po raz kolejny nie pochylić czoła przed legendarnym muzykiem. Niestety po raz ostatni. „Blackstar” to jedna z najambitniejszych płyt w historii muzyki pop i być może najlepsza.

Początkowe sceny filmu Antona Corbijna „Control”, opowiadającego historię zespołu Joy Division, pokazują niezwykły szacunek, jakim darzyli Davida Bowiego młody Ian Curtis i jego znajomi podczas pierwszych odsłuchów płyty „Aladdin Sane„. Ten generalnie mało istotny z punktu widzenia fabuły obrazu fragment filmu, bardzo dużo opowiada o poważaniu i uwielbieniu, jakim był darzony twórca hitów „Space Oddity” i „Starman” w pierwszej połowie lat 70. Od premiery albumu „Aladdin Sane” minęły aż czterdzieści trzy lata, ale mimo to dalej na świecie jest mnóstwo młodych ludzi, dla których twórczość Davida Bowie jest czymś ważnym i inspirującym.

„Blackstar” nie wywołał w dniu premiery podniecenia u tak dużej ilości osób jak dawne dokonania muzyka. Jednakże słuchacze wrażliwi na sztukę Bowiego są być może dotknięci nowym dziełem równie mocno co Ian Curtis w 1973 roku. Ostatni krążek angielskiego muzyka jest dziełem niezwykle wysokiego lotu. David Bowie zawsze był ceniony przez odbiorców z powodu niebywałej umiejętności łączenia sztuki wysokiej z muzyką pop przeznaczoną dla mas. Artysta jednak tym razem zaprezentował album na wskroś niekomercyjny, bardzo ciężkostrawny dla wyznawców zasady, że piosenki powinny być sztuką łatwą, lekką i przyjemną.

Nowe utwory

Płyta rozpoczyna się od trwającego blisko dziesięć minut utworu tytułowego, nagranego w stylu łączącym w sobie elementy art rocka oraz nu jazzu. Ten awangardowy kawałek, obfitujący w zmiany tempa, czerpiący w równej mierze z drum ‚n’ bassu, chorału gregoriańskiego i bluesa jest często porównywany z kokainową fantazją artysty sprzed czterdziestu lat – utworem „Station to Station”. Choć tak naprawdę te dwa nagrania łączy tylko czas trwania oraz sposób konstrukcji dzieła. Notabene nie ważne w jakich superlatywach będą się rozpisywać dziennikarze na temat kawałka „Blackstar” jedno jest pewne – ten numer jest pierwszorzędny, ale nie jest w stanie równać się z kultowym „Station to Station„.

Album „Blackstar” jest nie tylko najambitniejszym dziełem Bowiego od lat, ale jest również płytą najbardziej satysfakcjonującą fanów artysty od bardzo długiego czasu. Angielski muzyk postanowił po raz kolejny sięgnąć do brzmienia i stylu jaki prezentował w świetnych artystycznie dla niego latach 90. „‚Tis a Pity She Was a Whore” oraz „I Can’t Give Everything Away” to jawny powrót do jazzowo-soulowego stylu z „Black Tie White Noise”. Z kolei nagrana po raz drugi piosenka „Sue (Or in a Season of Crime)” spokojnie mogłaby się znaleźć na albumie „Outside”.

Konkluzja

Ostatnia wydana za życia płyta Bowiego nie zawiera wielkich przebojów, jednak „Blackstar” niezwykle wciąga i hipnotyzuje słuchaczy. Głównie za sprawą intrygującego, nawiązującego do jazzu brzmienia, jakże odmiennego od rockowego stylu, jaki artysta zademonstrował na kilku ostatnich płytach. Frapujący koloryt dźwięku nowych piosenek artysty jest zasługą współpracowników piosenkarza, wśród których znaleźli się głównie muzycy jazzowi z saksofonistą Donnym McCaslinem na czele. Trzeba przyznać, że flagowe dla angielskiego muzyka hasło – zmiana, nawet tuż przed śmiercią nie było dla niego czczym frazesem, tylko drogowskazem wyznaczającym kierunek artystycznego rozwoju.

„Blackstar” co prawda nie zawiera przebojów w klasycznym tego słowa znaczeniu, ale nawet fani artysty, którzy uznają tylko składanki największych hitów brytyjskiego piosenkarza mogą uśmiechnąć się pod nosem słuchając dwóch ostatnich fragmentów płyty. Utwór „Dollar Days” nawiązuje do pierwszego przeboju artysty „Space Oddity„, z kolei wspomniany już „I Can’t Give Everything Away” zawiera cytat z instrumentalnego kawałka „A New Career in a New Town” z płyty „Low”.

Krótko mówiąc David Bowie po raz kolejny pokazał wielką klasę. Fani mogą już tylko mieć nadzieję, że niewydane piosenki tego wielkiego muzyka ujrzą niedługo światło dzienne i są równie dobre co te, które znajdują się na „Blackstar”.

 

Pat Metheny Group – The Falcon and the Snowman

Pat_Metheny__The_Falcon_and_the_Snowman

Pat Metheny Group – The Falcon and the Snowman (1985) EMI

smoothstar2smoothstar2smoothstar2smoothstar2smoothstar_half

  1. Psalm 121/Flight of the Falcon
  2. Daulton Lee
  3. Chris
  4. The Falcon
  5. This Is Not America
  6. Extent of the Lie
  7. The Level of Deception
  8. Capture
  9. Epilogue (Psalm 121)

Jazz w latach 70. powoli odchodził do lamusa. Louis Armstrong zmarł w 1971 roku, a inni wielcy jazzmani: Charles Mingus, Miles Davis czy Thelonious Monk nie potrafili niczym zaskoczyć słuchaczy muzyki popularnej. O ile w latach 50. i 60. płyty jazzowe rozbrzmiewały w domu każdego szanującego się melomana, to w latach 70. jazz był już niemodny. Rynek był zdominowany przez rock oraz muzykę dyskotekową. Jednak już wtedy karta zaczynała się odwracać. Pierwsze wielkie sukcesy odnieśli George Benson oraz Herbie Hancock. Natomiast w głównym nurcie muzyki popularnej pojawiło się wielu nowych, ciekawych ludzi otwarcie przyznających się do swojej fascynacji jazzem. Wspomniane osoby już w latach 80. przyczyniły się do pewnego rodzaju odrodzenia muzyki jazzowej, tworząc rzeczy bardzo atrakcyjne dla szerokiej masy odbiorców.

Jednym z tych artystów był Sting, basista i wokalista super popularnej rockowej grupy The Police, który w 1985 roku, tuż po największym artystycznym i komercyjnym sukcesie swojej macierzystej kapeli, wydał nagrany wraz z muzykami jazzowymi album „The Dream of the Blue Turtles„. Wspomniana płyta była co prawda fuzją różnych gatunków muzycznych, jednak bardzo wyraźnie słychać na niej inspiracje jazzem. Innym muzykiem, który zdołał wykrzesać z jazzu dużą popularność w latach 80. był wokalista Bobby McFerrin, którego utwór a capella „Don’t Worry, Be Happy” zdobył 1. miejsce amerykańskiej listy przebojów oraz nagrody Grammy w 1989 roku w kategoriach nagranie roku oraz piosenka roku. Warto też wspomnieć o olbrzymich sukcesach w latach 80. będącego już długo na rynku jazzmana Quincy’ego Jonesa, który wyprodukował najważniejsze płyty Michaela Jacksona: „Thriller” i „Bad” oraz podpisał się pod albumem „Back on the Block” z 1989 roku, zawierającym muzykę będącą wypadkową jazzu, hip-hopu, r&b oraz new jack swing, za który otrzymał w 1991 roku nagrodę Grammy w kategorii album roku.

Artystami, którzy na pewno przyczynili się do ponownego wprowadzenia gatunku do głównego nurtu muzyki popularnej w tym czasie byli też na pewno muzycy skupieni wokół osoby Pata Metheny. Co prawda tego jazzowego gitarzystę i kompozytora ominął gigantyczny sukces komercyjny, będący udziałem wspomnianych wyżej kolegów po fachu, ale wpływu tego artysty na muzykę jazzową nie da się przecenić. Wystarczy tylko przywołać liczbę 20. Tyle nagród Grammy zgarnął Pat Metheny za swoje liczne projekty. Pat Metheny zadebiutował albumem „Bright Size Life” z 1976 roku. Płyta otrzymała bardzo dobre recenzje, aczkolwiek była popularna jedynie w wąskim kręgu fanów muzyki jazzowej. Jeszcze lepiej były przyjmowane krążki sygnowane nazwą Pat Metheny Group, której sercem oprócz Pata Metheny jest do dnia dzisiejszego pianista i kompozytor Lyle Mays. Takie krążki zespołu jak :”Pat Metheny Group”, „American Garage” czy „Offramp” są dziś uznawane za klasykę nurtu jazz fusion, ale tak jak w przypadku pierwszej solowej płyty Pata Metheny’ego zostały one poznane wyłącznie przez zakochanych w jazzie szczęśliwców.

W połowie lat 80. sytuacja grupy uległa diametralnej zmianie dzięki mariażowi zespołu kierowanego przez Metheny’ego i Maysa z Hollywood. Panowie z Pat Metheny Group skomponowali muzykę do filmu „The Falcon and the Snowman”. Ten amerykański film fabularny z 1985 roku w reżyserii Johna Schlesingera o tematyce szpiegowskiej jest dziełem niezwykle mądrym i wyjątkowym, opowiadającym o utracie niewinności oraz skomplikowanych uczuciach młodych ludzi kierowanych w stronę ojczyzny. Film „The Falcon and the Snowman” został oparty na faktach i opowiada historię Amerykanów: Christophera Boyce’a i Daultona Lee, którzy w połowie lat 70. z własnej, nieprzymuszonej woli sprzedawali Związkowi Radzieckiemu supertajne informacje, wykradzione przez Boyce’a z pracy w koncernie zbrojeniowym.

Pat Metheny oraz jego koledzy z zespołu znakomicie poradzili sobie z tym tematem. Warto dodać, że była to jedna z pierwszych prób skomponowania muzyki filmowej przez Pata Metheny i zdecydowanie najbardziej spektakularna. Brzmienie Pat Metheny Group jest bardzo charakterystyczne. Nostalgiczne dźwięki zespół zazwyczaj konstruuje głównie przy pomocy gitar, instrumentów klawiszowych, basu oraz perkusji, czasami wspomagając się instrumentami dętymi. Tak samo jest w przypadku ścieżki dźwiękowej do filmu „The Falcon and the Snowman”. Jednak aby muzyka zespołu nabrała cech muzyki filmowej formacja Pat Metheny Group zaprosiła do nagrań członków orkiestry National Philharmonic Orchestra oraz chóru Ambrosian Singers. Muzycy z National Philharmonic Orchestra wzbogacili utwory przede wszystkim o partie smyków, natomiast chłopięcy chór w poruszający sposób wykonał psalm 121, umieszczony na samym początku płyty.

Jednakże najważniejszym gościem w studiu nagraniowym był zdecydowanie brytyjski piosenkarz David Bowie, dzięki któremu twórczość Pata Matheny trafiła do bardzo szerokiej publiczności. Muzycy nagrali wspólnie kawałek „This Is Not America”. Zespół Pat Metheny Group miał już na koncie rozpoznawalny numer „Are You Going With Me?„, uważany przez większość słuchaczy za muzyczną sygnaturę grupy, ale wspomniany utwór nie jest nawet w połowie tak znany jak kawałek „This Is Not America„. Kulisy współpracy Davida Bowiego z amerykańskim zespołem nie są do końca znane. Biografowie artysty omijają szerokim łukiem ten temat, aczkolwiek Bowie miał powody, aby numer „This Is Not America” nagrać wraz z Patem Metheny. Na początku lat 80. Anglik na poważnie zainteresował się X muzą. To właśnie wtedy zagrał ważne i dobrze przyjęte przez krytyków role w filmach „Wesołych świąt, pułkowniku Lawrence” oraz „Zagadka nieśmiertelności”. Nagrywanie utworów filmowych było więc naturalną koleją rzeczy dla artysty. Poza tym dla Davida Bowiego nagranie utworu z zespołem jazzowym było wyzwaniem. Piosenkarz nie próbował swoich sił w tym gatunku muzycznym od czasu piosenki „Good Morning Girl” z 1966 roku.

Oczywiście „This Is Not America” nie jest utworem stricte jazzowym. W piosence nie występują charakterystyczne dla jazzu improwizacje, a poza tym grający w tym utworze na gitarze rytmicznej Pat Metheny nie raczy słuchaczy ani jedną solówką. „This Is Not America” jest kawałkiem niezwykle hipnotycznym, opartym na sekwencji kilku akordów. Hipnotyczny stan jest dodatkowo potęgowany jednostajnym rytmem wybijanym przez perkusistę Pat Metheny Group Paula Wertico. Niemniej jednak ten utwór nie jest ani trochę nudny. Pojawiające się gdzieniegdzie syntezatorowe wątki oraz ponura, przeciwstawna melodia zagrana na rogu, która pojawia się w drugiej zwrotce „This Is Not America” czynią tę kompozycję niezwykle intrygującą.

Niewątpliwie ta piosenka nie stałby się hitem, gdyby nie będący wtedy u szczytu popularności David Bowie, którego emocjonalny wokal dodaje utworowi potrzebnego dramatyzmu. Piosenkarz był w trakcie nagrywania tego kawałka u szczytu swoich możliwości wokalnych, a prosty tekst utworu jest jednym z najświetniejszych w karierze Bowiego. Warto zwrócić uwagę w tym tekście na wyrazy, będące niemal homofonami, jakich użył muzyk, aby piosenka lepiej brzmiała, tj. piece-peace oraz America-miracle. David Bowie oraz Pat Metheny Group niestety nie kontynuowali tej owocnej współpracy, a szkoda. Numer „This Is Not America” okazał się hitem w wielu krajach, szczególnie w Europie Zachodniej. Dla przykładu w Holandii kawałek doszedł do 1. miejsca listy przebojów.

Główny, zapętlony temat utworu „This Is Not America” pojawia się jeszcze na płycie „The Falcon and the Snowman” w utworach „Chris” oraz „Capture”. Generalnie trzeba stwierdzić, że wspomniany wątek jest najbardziej rozpoznawalnym momentem całego albumu i mimo wysokiej jakości pozostałych jego fragmentów dominuje nad nimi. Jednak pomimo tak dużej dysproporcji pomiędzy poszczególnymi elementami dzieła, albumu „The Falcon and the Snowman” słucha się do dnia dzisiejszego doskonale i jest to płyta, którą z całą świadomością można polecić osobom, które nie miały do tej pory styczności z twórczością Pat Metheny Group.

Przyczyny sukcesu sprzedażowego płyty „Blackstar” Davida Bowiego

david_bowie_1

Najnowszy album Davida Bowiego „Blackstar” jest obecnie największym bestsellerem muzycznym na świecie – jest to numer 1 między innymi w Wielkiej Brytanii, Australii, Francji, Niemczech, Włoszech i Stanach Zjednoczonych (oficjalną informację o tym, że „Blackstar” jest numerem 1 w USA – najważniejszym rynku muzycznym na świecie ukazuje powyższe zdjęcie). Wiele osób sugeruje, że wpływ na tak dużą popularność krążka miała nagła śmierć artysty. Jednak po analizie danych dostępnych na stronach monitujących sprzedaż muzyki na świecie nie można się zgodzić z tym twierdzeniem.

Przede wszystkim ostatnie tygodnie były diabelnie smutne dla fanów muzyki na całym świecie.

weiland_scott

powyżej Scott Weiland – zdjęcie artysty pochodzi ze strony stereogum.com

3 grudnia 2015 roku zmarł Scott Weiland – jeden z najsłynniejszych rockowych wokalistów na świecie. Warto odnotować, że w ciągu ostatnich trzydziestu lat Weiland sprzedawał znacznie więcej płyt niż Bowie, szczególnie w Stanach Zjednoczonych. Ostatni wielki hit sprzedażowy Bowiego w USA sprzed czasów „Blackstar” to album „Never Let Me Down” z 1987 roku. Natomiast grupa Scotta Weilanda – Stone Temple Pilots robiła na listach przebojów co chciała, praktycznie przez cały okres działalności. Dla porównania przytoczę dane sprzedażowe z amerykańskiego rynku muzycznego. Album „Never Let Me Down” Davida Bowie uzyskał w Stanach Zjednoczonych status złotej płyty, co oznacza, że sprzedał się w ilości ponad pół miliona egzemplarzy w tym kraju. Z kolei płytom Stone Temple Pilots nagranym z Weilandem za mikrofonem „Core” z 1992 roku oraz „Temple” z 1994 roku przyznano w USA statusy 8-krotnej oraz 6-krotnej platyny. Oznacza to, iż „Core” w samych Stanach Zjednoczonych sprzedał się w ilości ponad 8 milionów egzemplarzy, natomiast „Purple” w ponad 6 milionowym nakładzie. Jakby tego było mało, Scott Weiland stał się liderem powstałego w 2002 roku zespołu Velvet Revolver, który skupiał w sobie kilku słynnych członków zespołu Guns N’ Roses, tj. Slasha, Duffa McKagana i Matta Soruma, którzy odeszli z kapeli kierowanej przez Axla Rose.

Śmierć Scotta Weilanda było równe nagła i niespodziewana co zgon Bowiego, jednak w przeciwieństwie do kresu życia Davida Bowie, agonia Weilanda zbulwersowała opinię publiczną. Scott Weiland zawsze lubił korzystać z używek i to go zgubiło. W pomieszczeniu, w którym znaleziono martwego ex-wokalistę zespołów Stone Temple Pilots i Velvet Revolver wykryto między innymi: leki – psychotropowe, przeciwpadaczkowe oraz stosowane w leczeniu choroby dwubiegunowej, kokainę oraz Viagrę. Jak się okazało muzyk przypadkowo przedawkował kokainę, etanol i tenamfetaminę.

Gdyby zasadne było stwierdzenie, iż śmierć i sensacja są głównymi motorami nakręcającymi sprzedaż muzyki na świecie, twórczość Scotta Weilanda po raz kolejny biłaby rekordy popularności. Tak się jednak nie stało. Ostatni album muzyka „Blaster” z połowy 2015 roku, nagrany pod szyldem Scott Weiland and the Wildabouts nie odniósł sukcesu komercyjnego, a sprzedaż starszych dokonań piosenkarza znacząco nie wzrosła.

natalie_cole_official_site

powyżej: Natalie Cole. Zdjęcie promocyjne ze strony internetowej artystki

31 grudnia 2015 roku zmarła z kolei Natalie Cole. Artystka zawsze bardzo dobrze się sprzedawała, a poza tym była jedną z najczęściej nagradzanych wokalistek w branży. Córka legendarnego wokalisty Nat King Cole’a otrzymała w swojej karierze między innymi tak prestiżowe wyróżnienia jak nagroda Grammy w kategorii album roku za krążek „Unforgettable… with Love” z 1991 roku oraz nagroda Grammy w kategorii nagranie roku za piosenkę „Unforgettable„. Obydwa aury zostały przyznane w 1992 roku, jednak Natalie Cole co chwila była nominowana do jakichś nagród. Jednak jej śmierć przeszła bez echa.

motorheadnewpromo

powyżej: zespół Motörhead, Lemmy Kilmister w środku

Inną wielką gwiazdą, która zmarła w ciągu ostatnich dni był wokalista metalowej grupy Motörhead – Lemmy Kilmister. Ten muzyk nie sprzedawał tak ogromnej ilości płyt co Weiland, Bowie i Cole, jednak jego aparycję znali nawet ludzie, którzy nie mają w domu sprzętu do odtwarzania płyt. Poza tym Lemmy nagrał jeden z najpopularniejszych hymnów rockowych „Ace of Spades„, który jest znany i lubiany pod każdą szerokością geograficzną. Śmierć Lemmy’ego 28 grudnia 2015 roku również nie przyczyniła się jednak do znaczącego wzrostu sprzedaży płyt Motörhead, w tym wydanego równo cztery miesiące przed śmiercią artysty studyjnego krążka Motörhead „Bad Magic”.

Co zatem sprawiło, że „Blackstar” stał się takim bestsellerem? Podstawą jest to, że kariera Davida Bowie w połowie ubiegłej dekady rozpoczęła się niejako na nowo, niedługo po przejściu artysty na muzyczną emeryturę. Przede wszystkim chodzi o to, że dokonania artysty zostały z lat 70. zostały ponownie odkryte przez badających tamten okres dziennikarzy. Największym poważaniem został obdarzony ambitny, łączący w sobie elementy art rocka, muzyki elektronicznej i ambientu album „Low” z 1977 roku. Doszło nawet do tego, że w 2004 roku dziennikarze amerykańskiego portalu muzycznego Pitchfork uznali  ten fascynujący i świeżo brzmiący do dzisiaj album za najlepszą płytę lat 70. Stary, przełomowy, choć nie będący wielkim hiciorem sprzedażowym krążek rozkręcił jakby na nowo karierę tego muzyka. Dla Polaków na pewno ważnym i miłym akcentem jest to, iż artysta podczas prac nad tym krążkiem inspirował się dokonaniami Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”, czego wyrazem jest instrumentalny kawałek „Warszawa„, zawierający odniesienia do utworu „Helokanie” wyżej wspomnianej grupy.

Drugim etapem tej rozpoczętej niejako na nowo kariery był wydany w 2013 roku, doskonale przyjęty, rockowy album „The Next Day”. Zmasakrowaną okładkę „Heroes” zdobiącą „The Next Day” można interpretować jako przekreślenie dokonań artystycznych Bowiego po wydaniu „Low” i niejako kontynuację jedenastego studyjnego albumu artysty. „Blackstar” jest dalszym ciągiem tej drogi, kolejnym etapem rozkręcającej się na nowo kariery Bowiego, która niestety właśnie się zakończyła.

Efektem tego wszystkiego był wielki komercyjny sukces artysty w Stanach Zjednoczonych w ostatnich latach, gdzie muzyk przeżywał renesans popularności. „The Next Day” zadebiutował na 2. miejscu listy Billboardu, natomiast „Blackstar” praktycznie od razu po premierze stał się absolutnym numerem 1. w USA. Śmierć artysty jeszcze bardziej podkręciła sprzedaż muzyki tej gwiazdy, ale nie była głównym czynnikiem sukcesu ostatniej płyty piosenkarza.

David Bowie – The Next Day

David Bowie - The Next Day

David Bowie – The Next Day (2013) ISO

smoothstar2smoothstar2smoothstar2smoothstar2smoothstar0

  1. The Next Day – 3:51
  2. Dirty Boys – 2:58
  3. The Stars (Are Out Tonight) – 3:56
  4. Love Is Lost – 3:57
  5. Where Are We Now? – 4:08
  6. Valentine’s Day – 3:01
  7. If You Can See Me – 3:15
  8. I’d Rather Be High – 3:53
  9. Boss of Me  – 4:09
  10. Dancing Out in Space – 3:24
  11. How Does the Grass Grow? – 4:33
  12. (You Will) Set the World On Fire – 3:30
  13. You Feel So Lonely You Could Die – 4:41
  14. Heat – 4:25

Emerytura

Tej płyty miało nie być. David Bowie od kilku lat był na oficjalnej, zasłużonej emeryturze. Nawet najbardziej zagorzali fani artysty stracili nadzieję na nowe nagrania. Jednak 8 stycznia 2013 roku piosenkarz zademonstrował melancholijny utwór „Where Are We Now?„, będący zapowiedzią płyty „The Next Day”. Nic nie zapowiadało, że najnowszy album okaże się takim wydarzeniem artystycznym. Wspomniany kawałek „Where Are We Now?” to całkiem przyzwoita piosenka, szczególnie w swej drugiej części, gdy muzycy podkręcają tempo. Jednak ten numer w porównaniu do poprzednich singli pilotujących ostatnie krążki Bowiego jak: „Thursday’s Child”, „Slow Burn” czy „New Killer Star” wypada troszkę blado. Fani musieli przeżyć wielki szok, gdy Brytyjczyk zaprezentował okładkę „The Next Day”. Trzeba przyznać, że muzyk poszedł na całość. Biały kwadrat znajdujący się na legendarnym zdjęciu z płyty „Heroes”, a w środku napis „The Next Day” wygląda po prostu nieelegancko, szpetnie i nie ma znaczenia co on symbolizuje.

Powrót

Jednak „The Next Day” to płyta zaskakująco dobra, najlepsza na równi z „Heathen” od czasów „Earthling„. Szczególnie dobrze wyszły Bowiemu oraz towarzyszącym mu muzykom dynamiczne, rockowe utwory, których jest trochę na płycie, tj. tytułowy „The Next Day„, „The Stars (Are Out Tonight)”, „If You Can See Me”, Dancing Out in Space” i „(You Will) Set the World On Fire„. Ostatni z wyżej wymienionych kawałków dzięki brawurowym, wiercącym, obezwładniającym partiom gitarowym starego wyjadacza Earla Slicka i Gerry’ego Leonarda jest jednym z trzech najlepszych utworów na płycie.

Równie wielkie wrażenie robi rytmiczny, skoczny „How Does the Grass Grow?” z melodią zapożyczoną ze starego, zakurzonego przeboju The Shadows „Apache” oraz singlowy „The Stars (Are Out Tonight)„. Pierwszy z wyżej wymienionych numerów ma przesłanie pacyfistyczne i opowiada o wojnie, z kolei „The Stars (Are Out Tonight)” dotyka problemu celebrytów. Zresztą teksty Bowiego na tej płycie są jak najbardziej poważne i według wielu krytyków literackich bardzo dobrze napisane. Oprócz wojny i sławy artysta dotknął takich tematów jak: szkolne masakry dokonywane przez uczniów, permanentna inwigilacja oraz przewijająca się przez cały album śmierć.

Konkluzja

Na brytyjskiego wokalistę, który najlepsze czasy ma już dawno za sobą posypały się brawa. Dziennikarze pisali o największym rockowym powrocie stulecia, a Bowie zgarnął za tę płytę liczne wyróżnienia, w tym jak najbardziej zasłużoną nagrodę Brit dla najlepszego artysty 2013 roku oraz nominację do nagrody Grammy w kategorii najlepszy rockowy album.”The Next Day” jest co prawda albumem bardzo udanym, zyskującym przy każdym kolejnym przesłuchaniu. Zawiera jednak parę słabszych kawałków, z czego najgorsze wrażenie robią utwory znajdujące się na końcu płyty: epickie „You Feel So Lonely You Could Die” oraz nawiązujące do muzyki ambient „Heat”.

Tekst wyróżniony przez portal Artelis.pl

Tin Machine – Tin Machine II

Tin_Machine_II

Tin Machine – Tin Machine II (1991) Victory Music

smoothstar2smoothstar2smoothstar2smoothstar0smoothstar0

Koniec Tin Machine

Drugi i ostatni studyjny album Tin Machine generalnie został zmieszany z błotem przez krytyków muzycznych. Negatywne recenzje wzięły się jednak prawdopodobnie w pobieżnego i niedokładnego przesłuchania materiału. „Tin Machine II” to płyta świetnie wyprodukowana, do dzisiaj zaskakująca świeżością brzmienia. Chociaż nagrania zawarte na tym albumie nie są najwybitniejszymi osiągnięciami Bowiego i spółki to znajduje się na tym krążku parę naprawdę dobrych kompozycji.

Debiutancki krążek Tin Machine to ciężki, surowy materiał, nawiązujący brzmieniem do klasycznych utworów blues rockowych. Kawałki, które znalazły się na drugiej płycie tego zespołu zostały co prawda napisane i nagrane głównie w 1989 roku, ale są one bardziej wygładzone i melodyjne niż te z debiutanckiego albumu grupy. W końcu też z pełną odpowiedzialnością można było określić Tin Machine jako w pełni demokratyczną strukturę, a nie tylko kolejne wcielenie Bowiego.

Utwory

Na pierwszym albumie Tin Machine aż pięć kawałków było autorstwa Davida. Na drugiej płycie zespołu wyłącznie piosenka „A Big Hurt” została napisana przez samego piosenkarza. Dodatkowo swoje możliwości wokalne w dwóch kawałkach zaprezentował Hunt Sales. Co prawda zainspirowany twórczością formacji The Rolling Stones numer „Statement” oraz mdła ballada w stylu Guns and Roses „Sorry” to słabe, nudnawe utwory, ale trzeba przyznać, że Hunt Sales dysponuje całkiem fajnymi możliwościami głosowymi.

„Tin Machine II” rozpoczyna się od mocnego uderzenia. Motoryczny numer „Baby Universal” i następujący zaraz po nim „One Shot” dostarczają niezbędnej energii, której oczekują wszyscy fani rocka. Z reszty piosenek najbardziej wyróżniają się: wybrany do promocji melodyjny numer „You Belong in Rock n’ Roll”, dynamiczne dzieło „You Can’t Talk„, ballada „Amlapura” oraz opowiadający o dziecięcej prostytucji w Tajlandii „Shopping for Girls„. Ten ostatni kawałek jest również niesamowitym popisem Reevesa Gabrelsa. Jego niezwykle melodyjne riffy wgryzają się tutaj w głowę niczym nóż w masło.

Ocena

„Tin Machine II” nie jest wybitnym dokonaniem artystycznym. Na pewno jest to jednak płyta przekonująca i generalnie udana. David Bowie powoli zaczął na powrót stawać się twórcą awangardowym, eksperymentującym z dźwiękami. Poza tym znowu zaczął delikatnie prowokować, bo jak można inaczej nazwać ssanie palca u nogi w teledysku do „You Belong in Rock n’ Roll„, który muzycy podrzucili stacji MTV. Co ciekawe najwięcej zamieszania wywołała okładka krążka, na której znalazły się rzeźby Kurosów. Greckie posągi przedstawiające nagich młodzieńców zbulwersowały część środowisk w Stanach Zjednoczonych. Dlatego też w USA na okładce płyty genitalia kurosów zostały zamazane. Sytuacja była kuriozalna, ale niestety prawdziwa. Jednak ten drobny skandal związany z okładką płyty nie pomógł w promocji krążka. Przepadł on na listach przebojów i dzisiaj jest uznawany za zaginioną perłę w dyskografii angielskiego muzyka.

Tin_Machine_2_Censored_okadka_amerykaska

David Bowie – Station to Station

station_to_station

David BowieStation to Station (1976) RCA

smoothstar2smoothstar2smoothstar2smoothstar2smoothstar2

1. Station to Station – 10:11
2. Golden Years – 4:00
3. Word on a Wing – 5:59
4. TVC 15 – 5:31
5. Stay – 6:13
6. Wild Is the Wind – 6:00

Człowiek, który spadł na Ziemię

Dziesiąty studyjny album w karierze Davida Bowiego „Station to Station” jest najwybitniejszym krążkiem nagranym przez artystę w Ameryce. Warto wspomnieć, że okres amerykański w twórczości piosenkarza był silnie naznaczony kokainą oraz dymem nikotynowym.

Nagrania ukazały się na rynku niedługo po premierze filmu Nicolasa Roega „Człowiek, który spadł na Ziemię„, w którym główną rolę zagrał artysta. David Bowie wcielił się w tym filmie w rolę humanoida, który przybywa na Ziemię w poszukiwaniu wody dla swojej umierającej planety o nazwie Anthea. Kosmita pod ludzkim przebraniem jako Thomas Newton zdobywa fortunę. W trakcie swojego pobytu na Ziemi nabywa jednak też ludzkich cech i nawyków, takich jak: egoizm, chciwość i alkoholizm, przez co nie jest w stanie wykonać zadania. Alegoryczny dramat science-fiction jest obrazem kultowym.  Stało się tak głównie dzięki kapitalnej roli Davida Bowiego. Artysta stworzył bowiem w tym filmie niezwykle sugestywną kreację wyalienowanej, dziwacznej postaci z innej galaktyki. W jej stworzeniu muzykowi pomógł nie tylko ekstrawagancki styl bycia gwiazdy rocka oraz androgyniczny wygląd, ale również pogłębiające się uzależnienie od narkotyków.

Papierosy Marlboro i czerwona papryka

David Bowie w czasie swego pobytu na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych zamieszkał w willi swojego kolegi po fachu Glenna Hughesa, basisty formacji Deep Purple. To był bardzo dziwny i neurotyczny czas w życiu gwiazdora. Biografowie artysty podkreślają, że piosenkarz w domu Hughesa doprowadził do ekstremum dekadencki styl życia, z którego wcześniej był znany. Piosenkarz w połowie lat 70. w miewał stany lękowe, cierpiał na nerwicę i depresję, a także miewał rozliczne halucynacje. Częściowo było to spowodowane charakterem artysty, ale duży wpływ na tę sytuację miały też używki. Otumaniający dym unoszący się z mocnych papierosów Marlboro, wciągana bez taryfy ulgowej kokaina oraz ekstremalna dieta składająca się wyłącznie z mleka oraz czerwonej papryki przyczyniły się do szaleństwa artysty. Bowie dryfował w tym czasie w zupełnie innej rzeczywistości niż wszyscy dookoła.

Glenn Hughes wspominał, iż nie sposób było się z nim porozumieć. Ilekroć członek Deep Purple próbował rozpocząć z Davidem rozmowę, temat zawsze schodził na nazistów, którymi brytyjski piosenkarz był wówczas zafascynowany. Artysta bowiem w tym czasie naczytał i naoglądał się wielu rzeczy na temat II wojny światowej, ideologii hitlerowskiej oraz III Rzeszy. Doszło nawet do tego, iż w jednym z wywiadów porównał Adolfa Hitlera do Micka Jaggera. Twierdził, że wódz III Rzeszy był tak niezwykle charyzmatyczną postacią i że można go porównać z gwiazdami rock ‚n’ rolla. Oczywiście to stwierdzenie wywołało niemałe kontrowersje. Skandal wywołało również hitlerowskie pozdrowienie Davida Bowiego w trakcie promocji płyty „Station to Station” na dworcu kolejowym Victoria w Londynie, sfotografowane przez dziennikarzy NME.

Okultyzm

Największą obsesją Bowiego był jednak okultyzm. Muzyk w tamtym czasie niejednokrotnie podejmował temat zdjęcia z niego klątwy. Według piosenkarza czarownice czyhały na jego spermę po to, aby spłodzić dziecko, a następnie złożyć je w ofierze Szatanowi. Motyw został oczywiście zapożyczony z klasycznego horroru Romana Polańskiego „Dziecko Rosemary”, jednak David Bowie w młodości bardzo serio traktował tego typu tematy. Warto dodać, iż podczas pierwszej trasy Ziggy’ego Stardusta domagał się przeprowadzenia egzorcyzmu basenu w swojej rezydencji! Zatem nic dziwnego, że w okresie największego uzależnienia od używek obsesje i lęki artysty się nasiliły.

David Bowie i jego niesamowite dzieło sztuki

Nie tylko okoliczności powstania czynią album „Station to Station” dziełem wyjątkowym. Wydany w styczniu 1976 roku krążek wypełnia najwyższej próby muzyka! Piosenki zawarte na płycie są nawet lepsze niż na albumach nagranych z Pająkami z Marsa. David Bowie mimo wszystkich problemów, jakie miał podczas sesji nagraniowej do tego albumu pozostał profesjonalistą w stu procentach. Co prawda pomysł, aby utwory nagrywać w pokoju bez zegarów i okien, ale za to z łóżkiem, był szalony, ale zaproszenie do pracy nad nagraniami wirtuoza gitary Earla Slicka oraz pianisty Roya Bittana, znanego jako Profesor było strzałem w dziesiątkę. Wspomniani muzycy dużo wnieśli do muzyki Bowiego. Partie gitarowe autorstwa Earla Slicka w kawałku „Stay” są uznawane przez fanów za jedne z najbardziej porywających fragmentów w dyskografii artysty. Roy Bittan, który na czas nagrywania „Station to Station” zrobił sobie wolne od gry w zespole Bruce’a Springsteena, również miał duży wkład w brzmienie albumu.

Utwór tytułowy rozpoczynający album, zainspirowany zarówno twórczością Jethro Tull, jak i dokonaniami krautrockowych grup Neu! i Kraftwerk podzielony jest na dwie części. Powolna, pierwsza część zdominowana jest przez dźwięk nadjeżdżającego pociągu, marszowe partie pianina oraz ciężkie partie gitarowe Slicka. Śpiew Davida pojawia się dopiero po trzech i pół minutach, kiedy to piosenkarz przedstawia siebie jako Szczupłego, Białego Księcia (The Thin White Duke). Druga część utworu to szybka, blues rockowa piosenka, w której artysta przybliża słuchaczom swoje najnowsze wcielenie. Tekst piosenki również robi wrażenie. Bowie odnosi się w „Station to Station” do kabały, kolekcji pornograficznych wierszy słynnego okultysty Aleistera Crowleya („white stains”) oraz przede wszystkim do chrześcijaństwa – tytuł utworu „Station to Station” odnosi się do stacji drogi krzyżowej, przedstawiających historię śmierci Jezusa.

Iggy Pop i telewizor

Cztery następujące po kawałku tytułowym numery to wyśmienite utwory, łączące w sobie elementy muzyki disco, funk, rock oraz soul. Najbardziej z nich wyróżnia się zdecydowanie optymistyczny kawałek „TVC15„, zainspirowany filmem „Człowiek, który spadł na Ziemię”. W filmie Nicolasa Roega jest bowiem niezwykle zapadająca w pamięć scena, gdy Thomas Newton siedzi naprzeciwko kilkunastu ustawionych jeden na drugim telewizorów. Najprawdopodobniej piosenkarz wciąż miał ten obraz w pamięci, gdy pisał piosenkę o tym jak telewizor pożera dziewczynę Iggy’ego Popa. Bez dwóch zdań płyta nie mogłaby się obejść bez utworu odnoszącego się w jakiś sposób do ciągłego oglądania starych filmów wojennych przez artystę w połowie lat 70. „TVC15” to przecież trafny, żartobliwy i jakże przebojowy komentarz do nałogu telewizyjnego, w który również popadł muzyk.

Soulowy numer „Word on a Wing” to kolejna piosenka, w której tekście muzyk odwołuje się do religii chrześcijańskiej. W refrenie pojawia się zwrot „Panie, klękam i oferuję. Moje słowo na skrzydle„, co po raz kolejny pokazuje, że David Bowie mimo zainteresowania okultyzmem i magią nigdy tak naprawdę nie gardził swoimi chrześcijańskimi korzeniami.

Złote lata i dziki wiatr

Golden Years” to z kolei romantyczny, funkowy numer poświęcony żonie artysty Angeli. Był to pierwszy kawałek nagrany na płytę i utwór promujący album. Singiel zawierający piosenki „Golden Years” i „Can You Hear Me” został wydany w listopadzie 1975 roku. Doszedł do pierwszej dziesiątki list przebojów w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych.

Nie ma wątpliwości, że przebojowy numer „Golden Years” wywindował sprzedaż krążka „Station to Station” w USA. Album niedługo po premierze dotarł albowiem do 3. miejsca listy Billboardu. Zdumiewające jest to, biorąc pod uwagę jak popularnym artystą jest David Bowie, że była to najwyższa lokata albumu artysty na amerykańskiej liście przebojów aż do 2013 roku, kiedy to światło dzienne ujrzał rockowy album „The Next Day”.

Album zamyka numer „Wild Is the Wind„, który jest to jedyną balladą na płycie. Kawałek jest interpretacją napisanej do filmu „Wild Is the Wind” piosenki Dimitri Tiomkina i Neda Washingtona z 1957 roku. Z tym utworem zmierzyła się niegdyś jazzowa piosenkarka Nina Simone, jednak to wersja Davida Bowiego przeszła do historii, jako najlepsze wykonanie tej piosenki. Śpiew artysty w „Wild Is the Wind” jest wśród krytyków uznawany za jedno z jego najlepszych wokalnych osiągnięć. Możliwe, iż inspiracją do zaśpiewania w ten sposób tego numeru były odwiedziny w studiu nagraniowym samego Franka Sinatry – jednego z najwybitniejszych piosenkarzy epoki Eisenhowera i Kennedy’ego.

Podczas pracy nad albumem „Station to Station” David Bowie o mało nie stracił życia. Wyniszczony używkami oraz mało kaloryczną dietą piosenkarz nie kontynuował później stylu życia, jaki prowadził w Los Angeles, a także artystycznej drogi obranej na płycie. Kolejnym przystankami w karierze artysty były nagrania z Iggym Popem oraz zimny, awangardowy krążek „Low”.

tv_bowie

powyżej: kadr z filmu „Człowiek, który spadł na Ziemię” Nicolasa Roega

Bowie_Victoria_Station

powyżej: jedno ze zdjęć artysty na stacji Victoria w Londynie z 1976 roku, autorstwa reportera NME. Więcej zdjęć tutaj.