Catfish and the Bottlemen – The Balance

Catfish and the Bottlemen – The Balance (2019) Island

Ocena: 3,5/5

01. Longshot – 3:52
02. Fluctuate – 3:12
03. 2all – 3:08
04. Conversation – 3:31
05. Sidetrack – 3:20
06. Encore – 2:45
07. Basically – 3:21
08. Intermission – 1:47
09. Mission – 3:43
10. Coincide – 3:06
11. Overlap – 3:22

Catfish and the Bottlemen znowu są najpopularniejszym gitarowym zespołem na Wyspach! Jest jeszcze druga strona medalu. Walijczycy dostali baty od wielu recenzentów, którzy nie mogą znieść tego, że zespół stoi w miejscu.

Muzycy nie poszerzyli swoich horyzontów muzycznych, mimo że zaczęli współpracę z nowym producentem – Jacknifem Lee, znanym z pracy z R.E.M., U2 i The Killers.

Catfish ad the Bottlemen na nowej płycie grają hiper-ładnego brytyjskiego indie rocka, z którego są znani. W rezultacie „The Balance” to bardzo podobna płyta do przełomowej „The Balcony” oraz hitowej „The Ride” (na temat „The Ride” możecie poczytać tu).

Jeżeli chodzi o muzykę to wyspiarze wiedzą jak wywołać rockowy jazgot, a Lee skutecznie trzyma ich w ryzach i szlifuje dźwięki tam, gdzie to konieczne. Sprawia to, że płyta „The Balance” jest dość melodyjna i słucha się jej dość dobrze.

Strategia tego zespołu jest jednak według wielu obserwatorów krótkowzroczna. Według wielu pozytywne reakcje fanów szybko ustąpią miejsca znudzeniu, po czym grupa pójdzie w odstawkę.

Swans – To Be Kind

Swans_To_Be_Kind

Swans – To Be Kind (2014) Young God · Mute

    smoothstar2smoothstar2smoothstar2smoothstar2smoothstar0

Płyta 1
01. Screen Shot – 8:04
02. Just a Little Boy (for Chester Burnett) – 12:39
03. A Little God in My Hands – 7:08
04. Bring the Sun / Toussaint L’Ouverture – 34:05
Some Things We Do – 5:09
Płyta 2
01. She Loves Us! – 17:00
02. Kirsten Supine – 10:32
03. Oxygen – 7:59
04. Nathalie Neal – 10:14
05. To Be Kind – 8:22

Amerykański zespół Swans istnieje od 1982 roku, jednak prawdziwą sławę zyskał dopiero niedawno, po wznowieniu działalności w 2010 roku. Od początku działalności formacji jej mózgiem jest potomek hiszpańskich emigrantów Michael Gira. Grupa działała nieprzerwanie w latach 1982-1997 oferując słuchaczom muzykę eksperymentalną, ciężką i trudną w odbiorze. Bezkompromisowość muzyki zespołu była jednym z powodów, dla którego zespół musiał zawiesić działalność. Ostatnie lata były jednak znakomite dla twórców muzyki alternatywnej, która dzięki rozwojowi Internetu oraz różnego rodzaju festiwalom zyskała na popularności. Między innymi dzięki temu Swans wznowili działalność.

Swans został reaktywowany w zmienionym składzie w 2010 roku i od tego czasu każda płyta wydana przez zespół była wydarzeniem na rynku muzycznym. Zdecydowanie największy sukces artystyczny osiągnęła płyta sprzed trzech lat „The Seer” uznana zgodnie przez krytyków muzycznych za jeden z najwybitniejszych albumów muzycznych XXI wieku. Krążek „To Be Kind” również osiągnął wiele. Sława Swans doszła dzięki niemu nawet do kraju nad Wisłą, gdzie dziennikarze kulturowi „Gazety Wyborczej”, jednego z najważniejszych w Polsce dzienników, uznali „To Be Kind” za najlepszy album 2014 roku.

Najnowsze dzieło Swans jest krążkiem trudnym do przełknięcia dla przeciętnego odbiorcy. Gitarowy w głównej mierze album „To Be Kind” jest ciężki, hałaśliwy i bezkompromisowy. Przede wszystkim powala jego długość. „To Be Kind” jest dziełem dwupłytowym, trwa ponad dwie godziny, chociaż zawiera tylko dziesięć utworów. Najdłuższy kawałek na płycie „Bring The Sun-Toussaint L’Ouverture”, poświęcony jednemu z przywódców powstania przeciwko francuskim rządom kolonialnym na Haiti w XVIII trwa 34-minuty i jest prawdziwym wyzwaniem dla słuchaczy nie mających wiele do czynienia z tego typu muzyką. Kompozycja „Bring The Sun-Toussaint L’Ouverture” rozwija się niezwykle powoli, jest ogłuszająca i przepełniona dźwiękami hipnotycznymi. Dla wielu osób mających do czynienia z tą płytą jest to punkt centralny albumu, aczkolwiek warto zwrócić uwagę na kawałki krótsze: „Screen Shot”, „Oxygen” i „Nathalie Neal”, łatwiejsze do przyswojenia, mające w sobie pewnego rodzaju przebojowość.

Swans jest na pewno bardzo oryginalną grupą, chociaż wytrawni odbiorcy na pewno znajdą punkty styczne z twórczością Joy Division, Sonic Youth, Can, a nawet Tool. „To Be Kind” to na pewno dobry album, łamiący pewne schematy w muzyce popularnej, który odniósł pewnego rodzaju sukces komercyjny. Krążek doszedł do 37. miejsca na liście Billboardu oraz do 38. miejsca na brytyjskiej liście przebojów, co czyni „To Be Kind” zdecydowanie najpopularniejszym dziełem Michaela Giry i jego kompanów.

Tin Pan Alley – All Hail the Omnipotent Universe!

AllHailTheOmnipotentUniverse_TinPanAlley

Drugi studyjny album toruńsko-bydgoskiej kapeli Tin Pan Alley jest jedną z najbardziej ambitnych polskich płyt wydanych w ostatnich miesiącach.

Uwagę przykuwa okładka albumu autorstwa gitarzysty grupy Mateusza Jagielskiego. Małe dziecko zdobiące „All Hail the Omnipotent Universe!” jednoznacznie przywołuje na myśl legendarny krążek Nirvany „Nevermind”, mimo że okładka najnowszej płyty Tin Pan Alley nie jest nawet w połowie tak szalona, jak słynne zdjęcie przedstawiające niemowlaka nurkującego w basenie. Muzyka wypełniająca drugi album formacji nie ma jednak nic wspólnego z tym, co prezentowali legendarni grunge’owcy (choć masteringiem płyty zajął się Bob Weston, członek amerykańskiej kapeli Mission of Burma, współpracujący ze Stevem Albinim przy produkcji krążka „In Utero” Nirvany), ani też z komercyjnymi, łatwo wpadającymi w ucho piosenkami określanymi jako „muzyka typu Tin Pan Alley”.

„All Hail the Omnipotent Universe!” to mocny, gitarowy krążek nawiązujący do tego, co się działo w amerykańskim niezależnym rocku w latach 90., tj. do twórczości takich grup, jak Yo La Tengo czy Pavement. Niestety nie ma na płycie utworu, który mógłby podbić serca fanów muzyki indie rockowej oraz stać się przebojem akademickich rozgłośni radiowych. Kompozycje wypełniające „All Hail the Omnipotent Universe!” to solidne rzemiosło, a sama płyta to ciekawe i ambitne rockowe dzieło, nie mające większych szans na to, by pozostać dłużej w pamięci słuchaczy. Znakomity, godny największych mistrzów gitarowy riff w „All Summer Long”, niezwykle rzadko słyszana trąbka w tego typu muzyce, w kawałku „Carnival” oraz oniryczne, obłędne gitarowe ściany dźwięku w długim, psychodelicznym utworze „The Morning Fall”, to najbardziej wyróżniające się fragmenty nowego krążka zespołu.

Kyst – Waterworks

kyst_waterworks

Dowodzona przez Adama Byczkowskiego formacja Kyst zaczyna sobie coraz śmielej poczynać na krajowym podwórku. Już debiutancka płyta sopockiej formacji wywołała niemały ferment w polskim Internecie – „Cotton Touch” był jednym z najchętniej recenzowanych polskich krążków 2010 roku na różnego rodzaju serwisach i blogach.

Założony w Norwegii zespół, oscylujący wokół amerykańskiej sceny freak-folkowej był zjawiskiem egzotycznym w polskiej muzyce popularnej, wielu też widziało w nich nadzieję polskiej sceny muzycznej. „Waterworks” to album, który wywoła jeszcze większe poruszenie w kręgu fanów muzyki niezależnej. Przede wszystkim zmienił się skład grupy. Do Adama Byczkowskiego oraz Tobiasza Bilińskiego dołączył ukrywający się pod pseudonimem Touchy Mob, niemiecki bębniarz Ludwig Plath zadurzony w folku oraz muzyce elektronicznej. Z nowymi siłami Kyst świetnie poradził sobie w studiu nagraniowym.

Utwór „Friend Now” otwierający album, rozpoczyna się niezwykle nieśmiało od ledwo słyszalnych zaśpiewów oraz muśnięć w struny gitarowe po to, by zamienić się w zachwycającą, bogato zaaranżowaną, barokową kompozycję, napędzaną dźwiękami plemiennych bębnów. W ogóle Kyst grający kawałki bardziej dynamiczne, oparte na dźwiękach instrumentów perkusyjnych, typu „Colours” czy „The Glowing Sea” robi wielkie wrażenie, a już na pewno bardziej korzystne od marzycielskiego wcielenia zespołu znanego z „Cotton Touch”. Spokojne, stonowane piosenki „Sun” oraz „Water”, mogące śmiało znaleźć się na poprzednim albumie zespołu, idealnie współgrają z przepysznie zaaranżowanymi kompozycjami „A Postcard”, czy wspomnianym „Friend Now”.

„Waterworks” to album świetnie przemyślany, o optymalnej długości, będący być może jednym z etapów metamorfozy zespołu, który ze skromnego, onieśmielonego dziecka amerykańskiej alternatywy zamieni się w pewnego siebie przedstawiciela europejskiej popkultury.

Shearwater – Rook

shearwater__rook
Shearwater – Rook (2008) Matador Records
 01. On the Death of the Waters – 3:08
02. Rooks – 3:21
03. Leviathan, Bound – 2:52
04. Home Life – 7:15
05. Lost Boys – 2:24
06. Century Eyes – 2:18
07. I Was a Cloud – 5:12
08. South Col – 2:35
09. The Snow Leopard – 5:08
10. The Hunter’s Star – 4:00

Grupa Shearwater powstała w 1999 roku z inicjatywy dwóch multiinstrumentalistów i piosenkarzy: ornitologa Jonathana Meiburga (to tłumaczy nazwę zespołu – burzyk) oraz Willa Sheffa. Z czasem do zespołu dołączyli basistka Kim Burke, wibrafonista i perkusista Thor Harris oraz multiinstrumentalista Howard Draper. Obecnie Shearwater składa się z trzech osób: Meiburga, Burke oraz Harrisa. Shearwater właśnie w obecnym, uszczuplonym składzie osiągnął swój największy sukces – według większości krytyków to akurat najnowszy album grupy „Rook” jest jej najlepszym dziełem. Można było się jednak spodziewać takiej opinii.  Ta niesamowicie zdolna grupa musiała kiedyś zostać zauważona, a teraz jest na to świetny moment, gdyż zespół nie nagrywa już dla prowincjonalnej wytwórni Misra, tylko dla Matadora – jednego z najważniejszych niezależnych wydawców, mającego pod swoimi skrzydłami między innymi takich artystów jak: Belle & Sebastian, Cat Power, Stephen Malkmus, Matmos, The New Pornographers czy Yo La Tengo.

Najnowszy krążek Amerykanów to zdecydowanie jedno z najlepszych wydawnictw muzycznych 2008 roku. Krążek jest jednocześnie dramatyczny i  rozmarzony, ale również trochę zmanierowany. Już otwierający płytę utwór „On the Death of the Waters” robi wielkie wrażenie. Na samym początku Jonathan Meiburg śpiewa w nim jedynie przy akompaniamencie delikatnych dźwięków pianina. Jednak nagle utwór całkowicie zmienia swój charakter i wybucha rockowymi dźwiękami rodem z „The Wall” Pink Floyd. Dwa kolejne utwory są jeszcze lepsze i do tego bardzo przebojowe Tytułowy utwór opowiadający o gawronach oraz następujący po nim, fenomenalny „Leviathan, Bound” to już w tej chwili klasyka łagodnego indie rocka. Warto dodać, że tych dwóch utworów oraz utworu „Red Sea, Black Sea” z ich poprzedniej płyty „Palo Santo” można posłuchać na oficjalnej stronie zespołu.

Pisząc o „Rook” trzeba koniecznie wspomnieć, że album ma dwa oblicza. Pierwsze z nich jest zdecydowanie piosenkowe – na „Rook” znajdują się fantastyczne, zapadające w pamięć soft-rockowe piosenki. Oprócz wspomnianych, przebojowych utworów „Rooks” i „Leaviathan, Bound” znajdują się tutaj bardzo melodyjne soft-rockowe kawałki: „Century Eyes” i „The Snow Leopard”. Drugie oblicze płyty jest natomiast bardziej wyrafinowane, eksperymentalne  i zdecydowanie niepiosenkowe, kojarzące się niewątpliwie z ostatnimi, wybitnymi dziełami grupy Talk Talk. Tak na marginesie niektórym wszystko na „Rook” kojarzy z twórczością Marka Hollisa i kolegów. Jednak nie należy traktować tego podobieństwa jako zarzut, co uczyniła na przykład recenzentka „Tiny Mix Tapes”, oceniając najnowszą produkcję Shearwater na 1 w skali od 1 do 5. Nowy album Shearwater powinien być oceniany bardzo wysoko, gdyż jest bardzo intrygujący i melodyjny, a na dodatek „Rook” to mocny kandydat do tytułu płyty roku.

The Notwist – The Devil, You +Me

notwist

Niemiecka grupa The Notwist aż sześć lat kazała czekać fanom na nowe piosenki, co dla wielbicieli muzyki indie rockowej musi być bolesne, ponieważ poprzedni album zespołu „Neon Golden” to w opinii wielu recenzentów jeden z najlepszych krążków ostatnich lat.

Nowe dzieło pochodzącej  z małego miasteczka Weilheim in Oberbayern kapeli  „The Devil, You +Me”  nie zbiera aż tak entuzjastycznych recenzji jak poprzednie dzieło braci Acher. To bez dwóch zdań dobrze zrobiony album, jednak wyróżniający się z potopu innych wydawnictw jedynie kolorową, bajkową okładką. The Devil, You +Me jest płytą senną, melancholijną oraz momentami niezwykle podobną do dokonań Radiohead. Otwierająca krążek gitarowa piosenka „Good Lies” wlecze się jak ślimak, jednak w przeciwieństwie do zostawiających po sobie ślad ślimaków numer nie zostawia w głowie po sobie nic. Wybrany do promocji numer „Where in This World” brzmi jak odpad z sesji nagraniowej do Hail to the Thief” czy „Kid A” Radiohead i zdecydowanie brakuje mu czegoś co by zachęciło słuchaczy do częstszego obcowania z nim.

The Devil, You +Me nie jest wielkim wydarzeniem w świecie muzyki alternatywnej. Takie kawałki jak akustyczne „Gone Gone Gone” czy niezwykle bogato zaaranżowane „Gloomy Planets”  mogą zainteresować jedynie największych fanatyków alternatywnego grania.