Poznaj Ghost

Ghost na scenie

Ghost - wokalista Papa Emeritus

Ghost jest najlepszą rzeczą jaką możecie poznać w tym tygodniu. Chociaż ciekawych kapel jest teraz wiele mało która ma do zaoferowania tyle co Szwedzi.

Młoda Polska i satanizm

Co ciekawe być może nie byłoby jednej z najlepszych kapel na świecie gdyby nie Polacy! Bo jeżeli mówimy o Ghost to nie unikniemy tematu satanizmu, okultyzmu, spirytyzmu. A to właśnie tego typu zagadnienia najbardziej interesowały XIX-wieczną krakowską cyganerię artystyczną ze Stanisławem Przybyszewskim na czele. To właśnie ten pisarz i dramaturg, który zapoczątkował epokę Młodej Polski jest uznawany za prekursora współczesnego satanizmu intelektualnego. Czyli krótko mówiąc to Polacy są za odpowiedzialni za wprowadzenie tego systemu religijnego do popkultury. I nie jest to stwierdzenie przesadne. Warto dodać, że to pod wrażeniem noweli „Msza żałobna” Przybyszewskiego norweski malarz Edvard Munch namalował jeden z najsłynniejszych obrazów „Krzyk”. Jakby tego było mało Munch wręczył Przybyszewskiemu obraz w prezencie.

Twórczość

Zostawmy polską literaturę w spokoju i wróćmy do Ghost. Oczywiście te wszystkie inspiracje i symbolika nie tylko napędzają zespołowi fanów, ale też są przyczyną problemów, szczególnie w Stanach Zjednoczonych. Chociaż muzyka Ghost jest niezwykle melodyjna to jest w tym kraju zakazana w sieciach handlowych, w większości programów telewizyjnych oraz komercyjnych stacji radiowych. Nie ma co dziwić. Instrumentalnie twórczość Ghost przypomina klasyków hard rocka i heavy metalu. Krytycy porównują ich do Black Sabbath, Judas Priest i Metalliki. Jednak tekstowo jest już bardzo mocno. Już w pierwszym przeboju „Ritual” Szwedzi bluźnili i sprofanowali modlitwę „Ojcze Nasz”. Ghost śpiewają o satanistycznych obrzędach mających na celu spłodzenie nieświętego bękarta. Refren tego utworu brzmi tak:
Ojcze nas
któryś jest w piekle
nieświęte imię Twoje
Przeklęte niech będą synowie oraz córki
Twojego Nemesis
Którą winić trzeba
Przyjdź królestwo Twoje
nemA.

O ile debiutancki album zespół można było potraktować jako ciekawostkę to druga płyta zespołu „Infestissumam” okazała się sensacją. Zawierający hity „Secular Haze” i „Year Zero” krążek zdobył szwedzką nagrodę Grammi, szczyt rockowej listy Billboardu oraz szwedzkiej listy przebojów. Piekielnie mocno grający zespół okazał się nie lada konkurencją dla popowych wymiataczy pokroju The Cardigans, Lykke Li czy The Knife. Takie piosenki jak „Ghuleh / Zombie Queen”, „Monstrance Clock” czy „Per Aspera ad Inferi” były bardziej przebojowe niż większość szwedzkich pop-rockowych hitów. Szwedzi mieli w 2013 roku nowego króla. A właściwie papieża.

Ghost na scenie

Papieska sutanna, tiara, pierścienie. Tak właśnie na scenie prezentował się wokalista formacji Papa Emeritus. Od prawdziwego papieża wokalistę Ghost odróżniał jedynie czarny kolor sutanny oraz upiorny makijaż mogący przestraszyć każdego. Papa Emeritus to była oczywiście największa atrakcja sceniczna Ghosta, ale cały spektakl tworzony przez zespół jest bardzo ciekawy. Ghost tworzy przedstawienia na miarę największych ikon lat 70. – Davida Bowiego, Kiss oraz Alice Coopera. Aczkolwiek muzycy mówią, że muzycznie i wizualnie bardziej zainspirował ich inny zespół – mianowicie psychodeliczny i progresywny Pink Floyd.

Ghost w Polsce

W każdym razie Ghost będzie można zobaczyć niedługo w Polsce w ramach tournée „A Pale Tour Named Death”. Zespół podczas koncertu zaprezentuje utwory z przepełnionej hitami dyskografii. Oczywiście będzie można usłyszeć też numery z najnowszego i bardzo ciekawego albumu „Prequelle”, opisującego średniowiecze oraz Czarną Śmierć. Na scenie jednak nie będzie Papy Emeritusa. Grupę bezimiennych upiorów uzupełniają teraz saksofonista Papa Nihil oraz Cardinal Copia, który zastąpił emerytowanego papieża na stanowisku frontmana.

Judas Priest – Firepower

Judas_Priest__Firepower

Judas Priest – Firepower (2018) Epic

smoothstar2smoothstar2smoothstar2smoothstar_halfsmoothstar0

    01. Firepower – 3:27
02. Lightning Strike – 3:29
03. Evil Never Dies – 4:23
04. Never The Heroes – 4:23
05. Necromancer – 3:33
06. Children of the Sun – 4:00
07. Guardians – 1:06
08. Rising from Ruins – 5:23
09. Flamethrower – 4:34
10. Spectre – 4:25
11. Traitors Gate – 5:43
12. No Surrender – 2:54
13. Lone Wolf – 5:09
14. Sea of Red – 5:51

FirepowerLogo2018_400

29715764_2015842595399530_2003138752188252160_n
Gdyby „Firepower” okazał się łabędzim śpiewem angielskiej formacji byłoby to doprawdy godne pożegnanie. Członkowie Judas Priest co prawda ani myślą o końcu działalności, ale swój wiek mają, a w przyszłym roku zespół będzie obchodził 50-lecie działalności.

Nie jest to najlepsza płyta Judas Priest. „Firepower” nie zawiera też hitów na miarę „Breaking the Law„, „You’ve Got Another Thing Comin’„, „Turbo Lover” czy „Painkiller„. Ten krążek mimo to wzbudził zdecydowanie największy entuzjazm wśród fanów ciężkiego grania ze wszystkich płyt zespołu od 1990 roku, czyli od wydania kultowego albumu „Painkiller”. Trzeba przyznać, że ten zachwyt jest uzasadniony.

Najnowszy studyjny album jest wyjątkowy pod kilkoma względami. Judas Priest podczas nagrywania tego krążka zbytnio nie kombinowali. Nagrali za to kilkanaście utworów w swoim starym dobrym stylu i postarali się, aby nowe utwory były jak najbardziej chwytliwe. Sprawia to, że słuchanie utrzymanych w średnim tempie kawałków „Children of the Sun” i „Never The Heroes”, szybkiego „Lightning Strike” czy podniosłego i w głównej mierze powolnego „Sea of Red” jest rozkoszą i to nie tylko dla fanów heavy metalu. Warto też pochwalić producentów krążka. Głos Roba Halforda brzmi tu naprawdę świetnie i jest dobrze wyeksponowany, z kolei solówki gitarzystów Glenna Tiptona i Richiego Faulknera są barwne, finezyjne i odpowiednio długie, dzięki czemu nie są nudne.

Na pewno minusem „Firepower” jest za to jego długość. Album trwa blisko godzinę i jest o 22 minuty dłuższy od krążka „British Steel”, który jest powszechnie uznawany za najlepszy w całej dyskografii zespołu. Jednak problemem „Firepower” jest nie tylko zbyt duża liczba utworów, ale też zbyt długie numery. Pomimo wszystkich zalet do takich kawałków jak: „Rising from Ruins”, „Traitors Gate” czy też „Lone Wolf” nie chce się wracać z powodu czasu ich trwania.

Podsumowując trzeba przyznać, że weterani angielskiej sceny są w naprawdę niezłej formie i nagrali dzieło mogące się podobać zarówno metalowej braci jak i osobom lubiącym zdecydowanie inne gatunki muzyczne. Jeżeli pogłoski o tym, że zespół pojawi się w Kostrzynie nad Odrą na festiwalu „PolAndRock Festival” okażą się prawdziwe to nastanie upalne, skwarne lato, jakiego nikt w Polsce jeszcze nie widział. „Firepower” płonie.

Dead Cross – Dead Cross

Dead_Cross__Dead_Cross

Dead Cross – Dead Cross (2017) Ipecac

smoothstar2smoothstar2smoothstar2smoothstar0smoothstar0

1. Seizure And Resist
2. Idiopathic
3. Obediance School
4. Shillelagh
5. Bela Lugosi’s Dead
6. Divine Filth
7. Grave Slave
8. The Future Has Been Canceled
9. Gag Reflex
10. Church Of The Motherfuckers

Nazwa Dead Cross większości osób nie mówi kompletnie nic. Jednak w składzie tego zespołu jest dwóch muzyków, których każdy fan ciężkich brzmień powinien znać. Chodzi oczywiście o wokalistę Mike’a Pattona znanego głównie z Faith No More oraz perkusistę Dave’a Lombardo ze Slayera. Skład grupy uzupełniają basista Justin Pearson i gitarzysta Michael Crain. W tym momencie każdy zapewne myśli, że Dead Cross to kolejny projekt Pattona, który w karierze zaangażował się w całą masę muzycznych przedsięwzięć. Nic z tych rzeczy. Kapela powstała w 2015 roku, natomiast Mike Patton stał się jej członkiem w 2016 roku, gdy za mikrofonem zastąpił Gabe’a Serbiana. W każdym bądź razie instrumentaliści z Dead Cross nie mogli chyba sobie wyobrazić nikogo lepszego na tym miejscu. Muzycy Dead Cross jak na uznanych rockowców przystało na debiutanckim albumie prezentują ognistą, agresywną i bardzo energetyczną mieszankę punka i trash metalu. Dla fanów takich formacji jak Metallica, Bad Religion, Bad Brains czy Dead Kennedys ten album jest jak znalazł. Reszta może ominąć ten krążek szerokim łukiem.Na płycie Dead Cross znajdują się przede wszystkim mocne, krótkie rockowe utwory, które śmiało można porównać do uderzeń bokserskich. Tak te kawałki dają po głowie. Z całego zestawu piosenek tych doświadczonych metalowych muzyków warto wyróżnić dwa utwory. Pierwszy z nich to cover piosenki zespołu Bauhaus „Bela Lugosi’s Dead”. Ten numer to typowy rock gotycki – klimat jest tu równie ważny jak gitarowe riffy. „Bela Lugosi’s Dead” to niesamowicie nastrojowy kawałek i przywołuje echa utworów Marilyn Manson, Sisters of Mercy oraz Alice Coopera. Drugi wyjątkowy numer z tej płyty to najdłuższy ze wszystkich utwór „Gag Reflex”, charakteryzujący się zmianami tempa i klimatu, brzmiący po części jak numer Faith No More, a po części System of a Down. Debiutancki album Dead Cross nie wywraca sceny do góry nogami, nie jest objawieniem, ani nawet nie powala na łopatki, jednak to dość przyjemna rzecz dla fanów gitarowego łojenia.

Iron Maiden – The Book of Souls

iron_maiden__book_of_soulsIron Maiden – The Book of Souls (2015) Parlophone

smoothstar2smoothstar2smoothstar2smoothstar_halfsmoothstar0

Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają. Przynajmniej takie można odnieść wrażenie obserwując zainteresowania przeciętnych Polaków, do których od dłuższego czasu należą przejeżdżanie i rozstrzeliwanie ludzi w serii gier Grand Theft Auto oraz słuchanie z namaszczeniem utworów heavy metalowego zespołu Iron Maiden. Ciężko powiedzieć co myśleć na temat strzelania do ludzi podczas wypełniania misji w GTA i słuchaniu przy tym kompozycji „Afraid to Shoot Strangers„, ale jeden wniosek można wysnuć od razu. Wyżej wymienione marki są uwielbiane przez Polaków.

Skupiając się na brytyjskiej grupie muzycznej trzeba podkreślić, że jej członkowie skrupulatnie wykonują swoją pracę od połowy lat 70. aż do teraz, więc nie ma sensu się rozwodzić nad popularnością zespołu w Polsce i na świecie. Najnowszy, szesnasty studyjny album zespołu „The Book of Souls” nie przynosi w związku z uznaniem dokonań kapeli zmiany w charakterystycznym stylu i brzmieniu Iron Maiden. Po raz kolejny fani mogą rozkoszować się gitarowymi zagrywkami Dave’a Murraya, Janicka Gersa oraz Adriana Smitha, a także przebojowymi refrenami śpiewanymi przez Bruce’a Dickinsona. Nic się nie zmieniło również w kwestii oprawy graficznej. Z okładki „The Book of Souls” oczywiście spogląda na słuchaczy maskotka formacji Eddie. Jednak tym razem okładka wzbudziła wiele negatywnych komentarzy w związku z surowością formy z jaką została wykonana. Postać Eddiego na czarnym tle może się podobać, rzeczywiście jednak trzeba stwierdzić, że w porównaniu do poprzednich płyt ta okładka wypada słabo.

„The Book of Souls” jest albumem wyjątkowo długim. Całość trwa ponad 90 minut. W przypadku każdego innego wykonawcy wydanie takiego tasiemca byłoby strzałem w swoje kolano, jednak warto pamiętać o zaufaniu fanów do zespołu wspomnianym w pierwszym akapicie. Ludzie słuchający Iron Maiden nie będą się szczególnie zastanawiać nad tym faktem, jedyne co by mogło wzbudzić ich nieufność to zmiana stylu muzycznego, ale na to nie ma co liczyć, ponieważ Brytyjczycy są szczególnie konserwatywni w tej kwestii. Nie oznacza to, że najnowsze dzieło formacji jest płytą, gdzie nie doświadczymy inwencji twórczej członków zespołu. Szczególnie spisał się wokalista grupy Bruce Dickinson, który samodzielnie napisał dwie świetne kompozycje, znajdujące się na albumie, tj. „If Eternity Should Fail” oraz „Empire of the Clouds„. Najbardziej z „The Book of Souls” zaskakuje ten drugi utwór, trwający osiemnaście minut, przypominający bardziej progresywne dokonania kapel z lat 70. takich jak Yes czy Jethro Tull niż Iron Maiden. „Empire of the Clouds” zawiera wszystko co kochają wielbiciele ambitnej, rockowej muzyki, czyli między innymi pasję, ładne melodie, zmiany tempa oraz ciekawą aranżację. Balladowe fragmenty kompozycji oparte na brzmieniach smyczkowych i fortepianowych sprawiają, że można się zastanowić czy nie zestawić numeru „Empire of the Clouds” z klasykami grupy Guns and Roses epoki MTV: „November Rain” i „Estranged”.

Innym naprawdę dobrym kawałkiem z nowego krążka Iron Maiden jest utwór tytułowy. Numer „The Book of Souls” zawiera przede wszystkim zniewalający refren oraz podobnie jak „Empire of the Clouds” kojarzy się z wyżej wymienionymi numerami Guns and Roses. Świetnym materiałem na singiel byłby najkrótszy na płycie, trwający zaledwie niecałe pięć minut utwór „Tears of a Clown„, mający wszystko co musi mieć rockowy przebój, czyli zadziorny, charakterystyczny gitarowy riff przewijający się przez cały numer, zapadający w pamięć refren oraz piękną gitarową solówkę.

Pozostałe kompozycje znajdujące się na albumie „The Book of Souls” sprawiają mieszane uczucia. Przede wszystkim ciężko jest cokolwiek z nich zapamiętać nawet po kilkokrotnym przesłuchaniu najnowszego dzieła Iron Maiden. Nikt nie powie, że takie utwory jak „The Man of Sorrows”, „When the River Runs Deep” czy „Shadows of the Valley” to złe kawałki, jednak w głowie cały czas pojawia się pytanie czy nie lepiej było dokonać selekcji materiału, poucinać tu i ówdzie i wydać album zawierający wyłącznie najbardziej chwytliwe fragmenty z tej płyty.

„The Book of Souls” jest przez to najbardziej wymagającym dziełem Iron Maiden, ale wcale nie najlepszym, dużo tracącym przez swoją formę, szczególnie w oczach bardziej wymagających słuchaczy i amatorów innych gatunków muzyki. Iron Maiden można również zarzucić inne uwagi dotyczące ich najnowszego dzieła. „The Book of Souls” zawiera tandetne rozwiązania, takie jak chóralne zaśpiewy w numerze „The Red and the Black”. Muzycy poza tym gdzieniegdzie przeciągają utwory na siłę, wykorzystują w nadmiernych ilościach patos. Forma Dickinsona również pozostawia trochę do życzenia.

„The Book of Souls” jest jednak generalnie udanym dziełem, na które wielu ludzi z niecierpliwością czekało. Zdecydowanie jest to największa muzyczna premiera nagrana przez weteranów brytyjskiej sceny rozrywkowej. Premierowe wydawnictwa Davida Gilmoura, Duran Duran czy New Order nie odniosły takiego sukcesu na listach przebojów, mimo tego, że Iron Maiden jako jedyni z tej grupy wykonawców praktycznie zawsze byli nieobecni w popularnych rozgłośniach radiowych i programach telewizyjnych.

Ronnie James Dio nie żyje

ronnie_james_dio

„Dziś pękło mi serce. Ronnie odszedł o godz. 7.45 rano w dniu 16 maja. Przed jego spokojną śmiercią zdążyła pożegnać go rodzina i wielu przyjaciół. Wiedział jak bardzo go kochaliśmy. Bardzo doceniamy okazane nam wsparcie i miłość. Proszę o kilka dni prywatności, abyśmy mogli uporać się z tą straszą stratą. Wiedzcie, że Ronnie kochał Was wszystkich, a jego muzyka będzie żyła wiecznie” – oto komunikat jaki opublikowała parę godzin temu żona wybitnego muzyka Wendy na oficjalnej stronie internetowej artysty.

Piosenkarz rozpoczął karierę pod koniec lat 50. w kapeli The Vegas Kings jako gitarzysta basowy, jednak prawdziwą sławę zdobył dopiero w latach 70. jako wokalista kapel Elf, Rainbow i Black Sabbath (to właśnie Ronnie zaśpiewał największe hity Black Sabbath jakie zespół nagrał w latach 80.: „Neon Knights„, „Heaven and Hell„, „Children of the Sea” i „The Mob Rules„). Największym powodzeniem ze wszystkich dzieł, w których maczał palce Ronnie James Dio cieszą się jednak płyty sygnowane nazwą DIO. Energetyczne, agresywne, pełne dramatyzmu nagrania grupy jak „Holy Diver„, „Rainbow in the Dark”, „The Last in Line„, „Rock ‚N’ Roll Children” przyniosły artyście wiele uznania ze strony krytyki oraz mnóstwo fanów. Przez blisko 30 lat istnienia zespołu ukazało się 9. studyjnych płyt sygnowanych nazwą Dio, w tym doskonale ocenione przez recenzentów „Holy Diver” z 1983 roku oraz „Dream Evil” z 1987 roku. Scena heavy metalowa straciła wczoraj jednego ze swoich najwybitniejszych przedstawicieli – charyzmatycznego wokalistę, którego nie sposób pomylić z żadnym innym. To wielka stata dla muzyki popularnej i wszystkich fanów ciężkiego grania.