The Chemical Brothers – No Geography

01. Eve of Destruction – 4:40
02. Bango – 4:07
03. No Geography – 3:10
04. Got to Keep On – 5:16
05. Gravity Drops – 4:30
06. The Universe Sent Me – 6:03
07. We’ve Got to Try – 3:35
08. Free Yourself – 4:21
09. MAH – 5:36
10. Catch Me I’m Falling – 5:28

Ocena: 5/5

Ze wszystkich gigantów sceny elektronicznej lat 90. The Chemical Brothers mają się zdecydowanie najlepiej. Co prawda The Prodigy osiągali ostatnio lepsze pozycje na listach przebojów, ale wszyscy wiemy jak niedobre emocje towarzyszyły ostatnio Keithowi Flintowi. The Chemical Brothers zrobili natomiast to co do nich należy, czyli nagrali bardzo mocny materiał.

„No Geography” może nie jest ich najważniejszą płytą w karierze, ale to niezwykle melodyjny album, który dostarcza rozrywki na bardzo wysokim poziomie. Najnowsze dzieło duetu to połączenie psychodelii, klubowych bangerów oraz elementów pop.

Udany flirt z tym ostatnim gatunkiem jest zasługą młodziutkiej norweskiej piosenkarki Aurory. Artystka nie tylko zaśpiewała na płycie, ale jest też współautorką trzech utworów na „No Geography”. Aurora, która jest przez wielu dziennikarzy porównywana do Björk, Florence Welsh i Kate Bush, jest na pewno odkryciem tej płyty.

The Chemical Brothers na nowym albumie tylko odświeżyli brzmienie, ale zrobili to w sposób niezwykle przekonujący i przebojowy. Sprawia to, że „No Geography” jest moją ulubioną pozycją wydaną w tym roku.

Catfish and the Bottlemen – The Balance

Catfish and the Bottlemen – The Balance (2019) Island

Ocena: 3,5/5

01. Longshot – 3:52
02. Fluctuate – 3:12
03. 2all – 3:08
04. Conversation – 3:31
05. Sidetrack – 3:20
06. Encore – 2:45
07. Basically – 3:21
08. Intermission – 1:47
09. Mission – 3:43
10. Coincide – 3:06
11. Overlap – 3:22

Catfish and the Bottlemen znowu są najpopularniejszym gitarowym zespołem na Wyspach! Jest jeszcze druga strona medalu. Walijczycy dostali baty od wielu recenzentów, którzy nie mogą znieść tego, że zespół stoi w miejscu.

Muzycy nie poszerzyli swoich horyzontów muzycznych, mimo że zaczęli współpracę z nowym producentem – Jacknifem Lee, znanym z pracy z R.E.M., U2 i The Killers.

Catfish ad the Bottlemen na nowej płycie grają hiper-ładnego brytyjskiego indie rocka, z którego są znani. W rezultacie „The Balance” to bardzo podobna płyta do przełomowej „The Balcony” oraz hitowej „The Ride” (na temat „The Ride” możecie poczytać tu).

Jeżeli chodzi o muzykę to wyspiarze wiedzą jak wywołać rockowy jazgot, a Lee skutecznie trzyma ich w ryzach i szlifuje dźwięki tam, gdzie to konieczne. Sprawia to, że płyta „The Balance” jest dość melodyjna i słucha się jej dość dobrze.

Strategia tego zespołu jest jednak według wielu obserwatorów krótkowzroczna. Według wielu pozytywne reakcje fanów szybko ustąpią miejsca znudzeniu, po czym grupa pójdzie w odstawkę.

Elton John – Sleeping with the Past

Elton John – Sleeping with the Past (1989) MCA Records

Ocena: 3/5

01. Durban Deep – 5:30
02. Healing Hands – 4:19
03. Whispers – 5:29
04. Club at the End of the Street – 4:47
05. Sleeping with the Past – 4:57
06. Stones Throw from Hurtin’ – 4:54
07. Sacrifice – 5:04
08. I Never Knew Her Name – 3:30
09. Amazes Me – 4:37
10. Blue Avenue – 4:21

Ze wszystkich płyt Eltona z lat 80. tę kiedyś lubiłem najmniej. Tytuł „Sypiając z przeszłością” jest mylący. Gdy po raz pierwszy odpaliłem to CD wydawało mi się, że będzie to pozycja w mniejszy lub większy sposób odwołująca się do chwalebnych osiągnięć z przeszłości brytyjskiego piosenkarza. Piosenki ze „Sleeping with the Past” zostały tymczasem zainspirowane muzyką r&b z lat 60. i była to pewnego rodzaju nowa jakość w katalogu Anglików.

Na próżno szukać tu melancholijnych, rozmarzonych ballad typu „Goodbye Yellow Brick Road” czy „Sorry Seems to Be the Hardest Word”. Dominuje tu pop-rock typowy dla przełomu lat 80. i 90. Podobne rzeczy serwowali w tamtym okresie Billy Joel, Steve Winwood, Phil Collins, Rod Stewart, Sting a nawet David Bowie.Była to muzyka uwielbiana w tamtych latach przez didżejów radiowych i jej ciągłe nadawanie w radiu przyczyniło się zapewne do sukcesu albumu. To właśnie „Sleeping with the Past” jest najlepiej sprzedającym się krążkiem artysty w rodzimej Wielkiej Brytanii!

Jest tutaj parę ładnych melodii. Ładna, delikatna ballada „Whispers” przywodzi na myśl „Cold as Christmas (In the Middle of the Year)”. Świetne wrażenie robi „Durban Deep” z wystawionym na pierwszy plan rytmicznym uderzeniem klawiszy oraz rzężeniem gitary elektrycznej. Wspaniały numer „Healing Hands” zawiera z kolei jedną z najlepszych partii wokalnych Eltona z późniejszego okresu kariery.

Najważniejszym numerem z tego krążka jest jednak „Sacrifice”. Subtelna piosenka opowiadająca o trudach długotrwałego związku zachwyca niebanalnym tekstem i zapadającą w pamięć melodią wygrywaną na klawiszach. Utwór stał się ogromnym hitem na całym świecie i co ciekawe był to pierwszy w dorobku solowy numer artysty, który doszedł do 1. miejsca w UK!

Po latach mam trochę lepszą opinię odnośnie tego krążka. „Sleeping with the Past” raczej nigdy nie stanie się moją ulubioną pozycją ze względu na pop-rockowy format piosenek. Kojarzy mi się on z komercyjnym radiem z początku lat 90., którego nie jestem fanem. Do tej bardzo komercyjnej propozycji Eltona  zapewne sięgnę jeszcze parę razy. Jest tu trochę dobrej muzyki i w porównaniu do niektórych osiągnięć tego artysty jest to pozycja naprawdę niezła.

Elton John – Reg Strikes Back

Elton John – Reg Strikes Back (1988) MCA

Ocena: 3,5/5

01. Town of Plenty – 3:40
02. A Word in Spanish – 4:39
03. Mona Lisas and Mad Hatters (Part Two) – 4:12
04. I Don’t Wanna Go on with You Like That – 4:36
05. Japanese Hands – 4:40
06. Goodbye Marlon Brando – 3:30
07. The Camera Never Lies – 4:37
08. Heavy Traffic – 3:28
09. Poor Cow – 3:50
10. Since God Invented Girls – 4:39

Pod koniec lat 80. Elton miał fatalną prasę. Muzyk pogrążał się w nałogach, z kolei o kilku poprzednich płytach wszyscy mieli jak najgorsze zdanie. Artysta nie zamierzał tego tak zostawić. W 1988 roku ukazał się album „Reg Strikes Back”, którym chciał zamanifestować swój powrót na dobrą ścieżkę życiową oraz muzyczną. Płyta ma dzięki temu kilka naprawdę mocnych momentów.

Najlepszym utworem z tego krążka jest „A Word in Spanish” – przyjemna śródziemnomorska ballada z zapadającym w pamięć solem na gitarze akustycznej i wielkim wokalem Eltona. Koniecznie trzeba też posłuchać piosenek”I Don’t Wanna Go on with You Like That” i „Mona Lisas and Mad Hatters (Part Two)”. Pierwsza z nich to jazzowy numer taneczny, który o dziwo stał się ogromnym hitem w Stanach Zjednoczonych, gdzie doszedł do 2.miejsca listy przebojów. „Mona Lisas and Mad Hatters (Part Two)” z kolei luźno nawiązuje do starego hitu Eltona z początku lat 70. i jest dynamicznym numerem, gdzie główną rolę zagrał słynny amerykański trębacz Freddie Hubbard. Solówką na trąbce oraz partiami na skrzydłówce jazzman skradł Eltonowi ten utwór.

Całkiem niezłe wrażenie robią natomiast: patetyczna, symfoniczna ballada „Japanese Hands”, nawiązująca do najbardziej znanych przebojów The Beach Boys piosenka „Since God Invented Girls” oraz szybki numer „Poor Cow” z interesującymi motywami syntezatorowymi.

„Reg Strikes Back” to płyta na pewno lepsza od kilku poprzednich, mało zapadających w pamięć wydawnictw. Jednak o powrocie wielkiej renomy nie sposób mówić. Nie jest to tytuł na miarę „Goodbye Yellow Brick Road” czy „2 ↓ 4 0”.

Elton John – Leather Jackets

Elton John – Leather Jackets (1986) Rocket

Ocena:2/5

01. Leather Jackets – 4:10
02. Hoop of Fire – 4:14
03. Don’t Trust That Woman – 4:58
04. Go it Alone – 4:26
05. Gypsy Heart – 4:46
06. Slow Rivers – 3:06
07. Heartache All Over the World – 3:52
08. Angeline – 3:24
09. Memory of Love – 4:08
10. Paris – 3:58
11. I Fall Apart – 4:00

„Leather Jackets” ma fatalną opinię wśród fanów. Zresztą tę opinię podziela sam Elton John, który powiedział kiedyś, że to jego najgorsza płyta w karierze, a piosenka „Heartache All Over the World” jest najgorszym nagraniem jakie kiedykolwiek popełnił. Oczywiście ten album nie powala na kolana, ale trzeba pamiętać, że artysta był niezwykle płodny w ciągu całej swojej kariery i słabsze momenty miały mu się prawo zdarzać. Jednym z nich był jego 20. studyjny album, który wcale nie jest duży gorszy od kilku poprzednich piosenkarza jak „21 at 33” czy „Ice on Fire”.

„Leather Jackets” może przypaść do gustu ludziom, którym podoba się styl Eltona z lat 80. i którzy zajechali do cna krążki „2 ↓ 4 0” i „Jump Up!”. Nie jest to rzecz jasna poziom najlepszych wydawnictw Eltona, ale znajduję się tu parę miłych dla ucha melodii. Na pewno szybki, rockowy numer „Go It Alone”, wesoły „Don’t Trust That Woman” oraz nagrana do spółki z legendarnym Cliffem Richardem, piękna ballada „Slow Rivers” są lepszymi fragmentami tego krążka.

„Leather Jackets” na pewno nie jest tytułem, który bym komuś polecił. Nie jest to jednak takie dno, jak się o nim powszechnie mówi. Znajduje się tu parę miłym dla ucha melodii jak wyżej wspomniane nagrania czy „Memory of Love”. Ciekawostką jest to, że w pracach nad dziełem wzięła udział Cher oraz sekcja rytmiczna zespołu Queen. Tak czy owak skoro album znajduje się w serwisach streaming-owych można go posłuchać. Nie będzie bolało.

LSD – Labrinth, Sia & Diplo Present… LSD

LSD – Labrinth, Sia & Diplo Present… LSD (2019) Columbia

Ocena: 3,5/5

01. Welcome to the Wonderful World Of – 1:56
02. Angel in Your Eyes – 3:06
03. Genius – 3:33
04. Audio – 3:24
05. Thunderclouds – 3:07
06. Mountains – 3:14
07. No New Friends – 2:55
08. Heaven Can Wait – 3:15
09. It’s Time – 3:29
10. Genius (Lil Wayne remix) – 2:42

Robię bombowy
Bombowy rytm, dam wam melodię
Zrobię piosenkę
tak słodką, że wrócicie ze mną do domu

LSD – Audio

Wydawało się, że supergrupa pod nazwą LSD wywoła większe zamieszanie. Tymczasem przebojowy album formacji błąka się w odmętach list przebojów i nie wygląda na to, aby wypłynął na powierzchnię. Szkoda, bo potencjał grupy jest ogromny. Zespół tworzy przecież trójka znanych i utalentowanych muzyków: piosenkarze Labrinth i Sia oraz producent muzyki elektronicznej Diplo.

Debiutanckiej płyty LSD słucha się przyjemnie, chociaż muzycy nie odkrywają Ameryki. Wszystko co się tu znajduje jest podobne do nagrań The Black Eyed Peas, Clean Bandit, Major Lazer oraz oczywiście do solowych utworów muzyków tworzących LSD. Album jest bardzo krótki. Trwa niewiele ponad 30 minut i w dodatku jedna z piosenek „Genius” znajduje się tu w dwóch różnych wersjach. Na niekorzyść płyty przemawia też to, że muzycy najmocniejsze karty odkryli na długo przed premierą krążka. Najlepsze utwory z płyty na czele z rewelacyjnym „Audio” promowały LSD w 2018 roku. W tym roku trójka muzyków zaskoczyła słuchaczy wyłącznie minimalistycznym „Angel in Your Eyes”. Reszta nowych kawałków ujdzie w tłumie.

Krążek LSD na pewno umilił mi popołudnie, a numer „Audio” z perfekcyjnymi zaśpiewami Sii wrzucę na playlistę z ulubionymi utworami. Album na pewno jest dobry, jednak nie jest niczym wyjątkowym ani szczególnie pięknym na rynku muzycznym. Szkoda tylko, że aż tak przepadł. Patrząc na czołówki list przebojów z pełną świadomością mogę stwierdzić, że nie zasługiwał na taki los.