Yeah Yeah Yeahs – It’s Blitz!

yeahyeahyeahs
Najseksowniejsza kobieta rocka i nowy album najlepszego zespołu XXI wieku

Amerykańska grupa Yeah Yeah Yeahs jest jedną z najważniejszych kapel obecnej dekady i zdecydowanie najlepszą formacją nurtu tzw. nowej rockowej rewolucji. Zespół wzbudził duże zainteresowanie fanów garażowego grania już pierwszą EP-ką zatytułowaną po prostu „Yeah Yeah Yeahs” z 2001 roku. Niespełna 14-minutowa płytka dotarła do 1. miejsca listy najlepiej sprzedających się albumów indie-rockowych w Wielkiej Brytanii. Półtora roku później ta sama EP-ka została okrzyknięta przez prestiżowy „NME” drugim najlepszym singlem 2002 roku (1. miejsce w tym podsumowaniu zajął singiel „There Goes the Fear” Doves). Już wtedy co niektóre media dosłownie oszalały na punkcie punkowej grupy. Charyzmatyczna wokalistka Karen Orzelek, której sposób śpiewania polega (albo przynajmniej kiedyś polegał) w głównej mierze na krzykach i piskach została utytułowana przez „New Musical Express” najmodniejszą osobą świata, a przez „Vanity Fair” najbardziej intrygującą wokalistką od czasów Debbie Harry z zespołu Blondie. Trzeba przyznać dziennikarzom rację. Yeah Yeah Yeahs dużo zawdzięczają mającej polskie korzenie Karen Orzełek. Ale już wyjątkowo niesprawiedliwe byłoby stwierdzenie, że Karen O całą sławę zawdzięcza ekstrawaganckim strojom, które ma na sobie w trakcie występów, zaprojektowanym specjalnie dla niej przez jej przyjaciółkę – Christian Joy, oraz szokującemu scenicznemu zachowaniu – Orzełek pluje w widownie wodą, piwem i winogronami. Popularność Karen O bierze się z namiętnego, stylowego, seksownego, momentami dość agresywnego wokalu, za który kochają ją fani na całym świecie. Ale Yeah Yeah Yeahs to nie tylko Karen O. To również doskonały bębniarz pochodzenia żydowskiego Brian Chase, uznawany przez dziennikarzy za jednego z najwybitniejszych perkusistów w historii muzyki rozrywkowej oraz gitarzysta Nick Zinner.

Pierwszy studyjny album grupy „Fever to Tell” z 2003 roku był szybkim, mocnym ciosem prosto między oczy. To był absolutny nokaut. W 2003 roku ukazało się wiele dobrych płyt, przede wszystkim „Elephant” The White Stripes – najpopularniejszej grupy nowej rockowej rewolucji czy „Hail to the Thief” kultowego Radiohead. Jednak żadna z tych płyt nie zbliżyła się nawet do poziomu pierwszego długogrającego wydawnictwa Yeah Yeah Yeahs. Hałaśliwy, energetyczny art-punkowy krążek wywołał wielką sensację w świecie muzyki popularnej. Debiutancki album nowojorczyków nie został jednak nagrodzony nagrodą Grammy w kategorii najlepszy album alternatywny. Narodowa Akademia Sztuki i Techniki Rejestracji w USA wolała zachowawczo wyróżnić The White Stripes – kapelę, która sprzedała kilka milionów płyt więcej od Yeah Yeah Yeahs.

Jeżeli album „Fever to Tell” był sensacją, to druga płyta „Show Your Bones” była niekwestionowanym wydarzeniem. Yeah Yeah Yeahs zawsze mieli tendencję do tego, by grać niezwykłe hałaśliwie – jazgotliwe gitary, mocny rytm perkusji i krzykliwy wokal Karen O to znaki rozpoznawalne nowojorskiej grupy. Ale „Show Your Bones” w niektórych momentach było głośniejsze nawet od gniewnego i brudnego debiutu. Pierwsze dwa kawałki: „Gold Lion” i „Way Out” dosłownie wgniatają w ziemię. Ale te utwory mają w sobie niezwykłą przebojowość (wielka w tym zasługa Nicka Zinnera, który wszystko genialnie zaaranżował), przez co nie odczuwa się tak tego ciężaru. Kolejne dwa utwory to dowód na wspomnianą wyżej hałaśliwość – „Fancy” i „Phenomena” są melodyjne, ale żeby odkryć w nich te melodie potrzeba co najmniej kilku przesłuchań. Niesamowity jazgot potrafi zniechęcić nawet najbardziej wytrwałych słuchaczy, ale warto tego słuchać.

Podobnie jak w przypadku pierwszego albumu kapeli na „Show Your Bones” nie ma słabych punktów. Ponadto ma więcej fragmentów skłaniających do refleksji od debiutanckiego dzieła formacji. Na „Fever to Tell” tylko jeden kawałek zmuszał do zadumy – chodzi oczywiście o singlowy, traktujący o miłości, spokojny numer „Maps”, uznane przez „NME” za najlepszą alternatywną miłosną piosenkę wszech czasów. Na „Show Your Bones” są dwa co najmniej dwa refleksyjne, spokojniejsze momenty. Bliski muzyce country, folk-rockowy utwór „The Sweets” rozdziera serca słuchaczy swoją dramaturgią. Podobne doznania towarzyszą obcowaniu z „Warrior”. Duża zasługa w tym Karen Orzełek, która potrafi śpiewać niezwykle emocjonalnie, w taki sposób, że co bardziej wrażliwym słuchaczom krwawią serca. „Show Your Bones” zdobyło wielkie uznanie krytyków. „NME” nadał albumowi tytuł drugiej najlepszej płyty 2006 roku (pierwsze miejsce było zarezerwowane od samego początku dla Arctic Monkeys za „Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not”, głównie za nowatorską promocję w Internecie), natomiast kapituła przyznająca Grammy znowu wyróżniła Karen O i kolegów nominacją w kategorii najlepszy album alternatywny.

W 2007 roku światło dzienne ujrzała świetna EP-ka „Is Is” z piosenkami napisanymi przez wydaniem „Show Your Bones”. Członkowie zespołu jak zwykle zrealizowali 300 procent normy. Otwierający EP-kę „Rockers to Swallow” miażdży odbiorców – to połączenie punkrockowej energii z pierwszego longplaya z siłą tych kilku mocarnych kawałków z drugiej płyty. Uznana przez magazyn „Rolling Stone” za jedną z najlepszych piosenek 2007 roku „Down Boy” to już wyższa szkoła jazdy – art punk, momentami łagodny, delikatny, a chwilami niezwykle mocny. Yeah Yeah Yeahs na poziomie tej płytki nawiązali też kontakt z jednym z najlepszych producentów dekady – Nickiem Launay’em, odpowiedzialnym chociażby za brzmienie trzech ostatnich albumów zespołu Nick Cave & the Bad Seeds czy płyty „Diamond Hoo Ha” Supergrass.

YYY__Its_Blitz
01. Zero – 4:25
02. Heads Will Roll -3:41
03. Soft Shock – 3:53
04. Skeletons – 5:02
05. Dull Life – 4:08
06. Shame and Fortune – 3:31
07. Runaway – 5:13
08. Dragon Queen – 4:02
09. Hysteric – 3:50
10. Little Shadow – 3:57

Nick Launay jest też producentem trzeciej studyjnej płyty kapeli „It’s Blitz!”. Płyty zupełnie innej od dotychczasowego dorobku formacji. „It’s Blitz!” to krążek taneczny. Poza tym nasączony elektroniką do granic możliwości. Yeah Yeah Yeahs z zespołu punkowego przeistoczyli się więc w grupę grającą muzykę pop, aczkolwiek z dużymi ambicjami. „It’s Blitz!” oprócz wspomnianego Launaya produkował stały współpracownik nowojorczyków – lider TV On the Radio, David Sitek. Materiałowi z tej płyty blisko do najciekawszych dzieł tzw. ambitnego, alternatywnego popu, czyli dokonań MGMT czy The Killers.

Płytę rozpoczyna podrywający do tańca singlowy numer „Zero„, kojarzący się z twórczością Blondie, jak mało który utwór formacji. Silne otwarcie, ale drugi utwór na płycie to „Heads Will Roll” – najbardziej wpadający w ucho kawałek z nowego krążka Yeah Yeah Yeahs, przypominający dokonania innego alternatywnego, amerykańskiego zespołu – Garbage.  Główny motyw klawiszowy wymyślony przez Zinnera, który odstawił gitary na rzecz starego, ledwo działającego syntezatora jest wręcz zabójczy. Słuchając „Heads Will Roll” przypominają się też lata 80. Ten niezwykle prosty, ale w gruncie rzeczy genialny kawałek kojarzy się z synth-popem z początku lat 80. spod znaku Duran Duran, Visage i Ultravox.

„It’s Blitz!” nie jest niestety płytą tak idealną jak dwa poprzednie krążki nowojorczyków. Nie najlepsze wrażenie robi nudny, zbytnio rozwleczony utwór „Skeletons”, gdzie ładny dream popowy motyw klawiszowy rodem z syntetycznej twórczości Kate Bush został zmarnowany. Na kolana nie powala także „Hysteric”   – to nagranie przypomina schematyczne kawałki irlandzkiego kwartetu U2 z ostatnich lat. A tak poza tym to krążek musi się podobać. Na „It’s Blitz!” warto wyróżnić oprócz wspomnianych „Zero” i „Heads Will Roll” tajemniczy, wolno rozkręcający się, rockowy numer „Dull Life”, słodką, w głównej mierze fortepianową balladę „Runaway” i niemalże dyskotekowe, podobne do ostatnich dokonań TV On the Radio nagranie „Dragon Queen”. Są to zdecydowanie najlepsze momenty  tego znakomitego, godnego uwagi albumu.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o